środa, 25 marca 2015

Rozdział 7

   Stałam nie mogąc się poruszyć. Nasze spojrzenia zwarły się. Moje - przerażone i zdruzgotane, a jego - zdezorientowane i wściekłe. Ułamek sekundy późnej wszystkie emocje na jego twarzy rozpłynęły się i tylko oczy zdradzały co tak naprawdę się działo w jego głowie. Jak on mógł być wściekły? W jednej sekundzie kiedy przed nim stałam, a on już chciał otworzyć usta, żeby coś powiedzieć spiorunowałam go wzrokiem i bardzo boleśnie (dla niego) zapobiegłam powiedzeniu czegokolwiek przez niego, po czym ruszyłam przed siebie biegnąc jak najszybciej.
   Myśli wirowały mi jak szalone. Co to było? Te człekokształtne stworzenia - pół psy, pół ludzie? A może wilki? Albo kojoty? Wilkołaki? Nie. Musiałam zwariować. Tak powtarzałam sobie w duchu, próbując przekonać samą siebie.
   Po piętnastu minutach zauważyłam, gdzie biegłam. Biegłam przez Manhattan, a nasze mieszkanie znajduje się a obrzeżach Brooklynu. Słońce chyliło się ku zachodowi, a ja oczywiście musiałam wydać całą kasę na taksówkę i ten cholerny deser. Świetnie. Mogliby chociaż zwrócić mi pieniądze za niepożądane atrakcje (czytaj: walki człowieko-psów). Teraz przez moją lekkomyślność, lub po prostu idiotyzm, musiałam przejść przez cały Manhattan i Brooklyn.
   Po dwóch godzinach dochodziłam już do domu. Przemyślałam parę spraw. Przede wszystkim: On musi mi to wyjaśnić, a poza tym musi to zrobić zanim poczuję niemożliwą do zwalczenia pokusę przywalenia mu w twarz. Bo przecież on musiał o tym wiedzieć! Jeżeli nie wiedziałby, to skąd by się tam wziął?
   Weszłam do domu. W środku panowało straszne zamieszanie. Alex z Olee wrzeszczeli na siebie, a Kate próbowała ich rozdzielić, za to Simon rozmawiał z kimś przez telefon i chyba nie dogadywał się dobrze z rozmówcą, bo gestykulował i krzyczał.
   Kiedy Kate zobaczyła, ż przyszłam podeszła do mnie.
-Gdzie ty byłaś? Wszyscy się o ciebie martwiliśmy! Powinnaś być jakieś pięć godzin temu! - Gdy to powiedziała, wtedy zauważyłam co się dzieje w mieszkaniu. Wszędzie porozwalane były ubrania, kosmetyki, poduszki i potłuczone lampy. Zasłony i firany wisiały w nieładzie, w kuchni wszystkie szafki były pootwierane, podobnie jak w reszcie pokoi.
-Ja... Yyym... Spacerowałam. Długo. No, ale co się tutaj do cholery stało?! - zapytałam usiłując jednocześnie zmienić temat dowiedzieć się, o co chodzi.
-No właśnie nie wiemy! Simon wydzwania na każdy komisariat policji w tym głupim mieście, ale tutaj chyba włamania to normalka, bo wszędzie mówią coś w stylu "No tak, tak... Niestety nie możemy ustalić kto to był, jeżeli kamery niczego podejrzanego nie zarejestrowały" - powiedziała Katie zmieniając głos na wyjątkowo nieznośny. - "Proponujemy, aby państwo wymienili zamki i sprawdzili system ochrony".
-A nawet nie sprawdzali kamer. W sumie są w tym bloku tylko cztery, ale chyba żadna nie obejmuje wejścia do waszego mieszkania - dodał Alex.
-Chyba więc nie mamy więcej opcji. Bo, jak widać, jedyne co nam zostaje to faktycznie wymienić te pieprzone zamki i posprzątać ten burdel - stwierdziła z westchnieniem Ol.
-Aleksandro hamuj się, proszę - powiedziała Kate, która bez względu na sytuację zawsze poprawiała Olee jeżeli chodziło o dobór słownictwa.
-Oh, I'm sorry, it won't happen again I promise! - powiedziała sarkastycznie moja przyjaciółka wywracając przy tym teatralnie oczami.
-No dobra, im szybciej się uwiniemy, tym dłużej będziemy tej nocy spać. O ile w ogóle będziemy - powiedziałam z westchnieniem i zabraliśmy się do pracy.
   Kiedy posprzątałam już mój pokój wyglądało na to, że nic nie zabrano. Pomimo tego, przez cały czas miałam dziwne uczucie, że jednak czegoś brakuje. Czegoś małego, choć istotnego.
   Po skończonej robocie Alex i Simon pojechali jednym samochodem do ich mieszkań. Byłam cała roztrzęsiona po całym dzisiejszym dniu. Jednak emanowało we mnie ogromne zmęczenie. Z moimi chorymi myślami o wszystkim, co się dzisiaj wydarzyło wyszłam na balkon. Stałam tam kilka minut i przypomniało mi się to, czego nie znalazłam. Od razu wystrzeliłam jak z procy i przeszukałam cały dom. Dosłownie cały. I nic. Nie ma. Ale przecież... Po co ktoś miałby to kraść? Niemożliwe, a jednak... Tylko one zniknęły. Tylko one.

Kartki od Niego.

                                                                ~~~~~~~~~~~~
Mam nadzieję, że nie zawiodłam i rozdział jest w porządku ;> Proszę wszystkich o motywację w postaci komentarzy :D Ten rozdział jest dedykowany specjalnie dla wiernych czytelniczek Magdy Leszczyńskiej, Ani Szklani, Marty Przybylskiej i oczywiście Kasi Zielińskiej ;)))
Dziękuję wszystkim za wierne czytelnictwo (czy jak to tam XD) ❤

piątek, 13 marca 2015

Rozdział 6

  Kolejnego dnia w pracy cały czas o nim myślałam. O tym, że coś przede mną ukrywa (nie tylko swoje imię). Może tylko miałam jakieś dzikie urojenia. Od dzieciństwa uważałam, że mam coś w rodzaju nieodkrytego ADHD. Przy ludziach zazwyczaj zachowywałam się normalnie, ale kiedy byłam sama cały czas musiałam coś robić, bo wyobrażałam sobie niestworzone rzeczy, istoty. Po prostu miałam zepsutą wyobraźnię. Albo nadal mam.
   Pomimo tych rozmyślań udało mi się zbić tylko (!) jedną szklankę, więc po wyjściu z pracy byłam z siebie naprawdę zadowolona. Do domu wracałam taksówką. Wpatrywałam się w widoki zza okna. Pomiędzy dwoma wieżowcami stała wielka rudera. Dziwne -pomyślałam. -Nowy Jork, a jednak są nieliczne miejsca, gdzie jeszcze nie zbudowali jakiś mega nowoczesnych budynków. Akurat staliśmy na przejściu, więc miałam trochę czasu na przypatrzenie się budowli. Nagle zamiast domku do rozbiórki zobaczyłam nowy budynek z szyldem "Oko Wilkołaka". Przetarłam oczy. Nadal tam był.
-Niech pan mnie tu wysadzi- poprosiłam.
-Przy tym śmietnisku? Co tam ciekawego?- zapytał.
   Nie odpowiadając, wcisnęłam mu zwitek banknotów i wysiadłam z taksówki. Nie wiem po co tam szłam. Coś mnie tam ciągnęło. Może miałam zwidy. A może to w jakiś magiczny sposób przemieniało się w inny budynek. Stanęłam przed wejściem "Oka Wilkołaka". Dziwna nazwa - pomyślałam. Tak jakby ze znikających budynków najdziwniejsze były ich nazwy.
   Wyciągnęłam telefon. Napisałam, a po chwili otrzymałam odpowiedź:
"Yolo, baby!"
To był mój i Olee sposób na ryzyko. Dwa sms-y. Jeżeli nie możemy się zdecydować (obojętnie czy chodziło o coś ważnego, czy o głupotę) ta, która potrzebuje rady pisze: "Do or not to do?", a druga nie znając sytuacji pisze odpowiedź na chybił trafił. Zaczęło się w dzieciństwie, ale jak widać czasami nie mogłam się bez tego obejść, mimo że jest to najlepszy sposób na tarapaty, co potwierdziła ta sytuacja.
   Dzięki odpowiedzi Ol weszłam do środka. W środku panowała gorąca temperatura. Zorientowałam się, że była to restauracja. Siedziało tam około trzydziestka ludzi, od szczupłych dziewczyn z kolorowymi włosami i szpiczastymi uszami do barczystych mężczyzn w średnim wieku. Usiadłam przy wolnym stoliku. Chwilę potem podeszła do mnie kelnerka w dziesięciocentymetrowych obcasach i tęczowych włosach. Obrzuciła mnie zaciekawionym wzrokiem i podała menu, po czym odeszła.
   Otworzyłam kartę. Na pierwszej stronie były same dania mięsne. Na następnej same wegetariańskie, a na jeszcze kolejnej posiłki z nazwami typu "krew z budyniem", "niedźwiedzia krew", "krwiste fondue". Myślałam, że to kucharz miał po prostu wyjątkowo bujną wyobraźnię, lub chorą psychikę, żeby do ponad 15 nazw dań w karcie dodawać "krew", "krwisty" i takie tam.
  Zamówiłam deser czekoladowy. Kelnerka spojrzała na mnie jeszcze raz, zachichotała i odeszła chybocząc się na swoich szpilkach. Kiedy się odwróciłam zobaczyłam coś na jej plecach. Skrzydła? Wyglądały bardzo realistycznie. Były przeźroczyste. Jednak stwierdziłam, że ktoś, kto ma tęczowe włosy w sumie mógłby doczepić sobie skrzydełka wróżki do bluzki.
   Miałam być w lesie o siódmej. Tak się umówiłam z niebieskookim. Na razie była piąta. Miałam czas. Tęczowa Barbie podała mi moją gorącą czekoladę. Po chwili odwróciłam się i zobaczyłam, że kelnerka latała na tych skrzydełkach! Jej obcasy nie stukały. Leciała.
   Przetarłam oczy i spojrzałam w inną stronę. Musiało mi się przewidzieć. Tak. Nagle ktoś krzyknął. To był jeden z siedzących czterdziestolatków. Drugi też zaczął się wydzierać na tamtego. Rzucili się na siebie. Przeturlali się po podłodze i wskoczyli na stół. Większy walnął w nos pięścią tamtego. Drugiemu zaczęło się coś dziać z twarzą, zniekształcała się. Wyrosły z niej uszy. Zwierzęce. Tym razem mniejszy zaatakował, a ja rzuciłam się do wyjścia. Już miałam otworzyć drzwi, kiedy ktoś z drugiej strony je otworzył. Stanęłam jak wryta dysząc.
To był On.

                                                                          ~~~~~~~~~~
To tyle na dziś, komentujcie, oceniajcie, czytajcie i mnie motywujcie! ❤

niedziela, 8 marca 2015

Rozdział 5

  Z początku list napełniał mnie nadzieją. Ale szybko potem postanowiłam, że po prostu o wszystkim zapomnę. Musiałam skupić się na pracy, bo "hajs sam się nie zarobi" jak to mówiła moja starsza siostra Mary. Poszłam do Starbucksa, gdzie znalazłam posadę dla siebie, wyjaśniłam, że nie mogłam przyjść wcześniej, bo miałam wypadek. Okazało się, że mam złotą szefową i mogłam zacząć pracę już od następnego tygodnia. Po rozmowie wróciłam do domu. Olee nie było, a Kate sprzątała właśnie łazienkę. Podzieliłyśmy się obowiązkami; ja zajmowałam się kuchnią, Katie łazienką, a Ol salonem i ogólnie odkurzaniem. Gdy przyjaciółka mnie zobaczyła, krzyknęła:
-Caroline! Dobrze, że jesteś. Miałaś wyłączony telefon, więc Alex zostawił dla ciebie liścik w kuchni. Cośtam mi mówił, ale go nie słuchałam, bo byłam zajęta, więc w sumie nie wiem, czego chciał.
-Ach, dzięki, sprawdzę. Zrobiłaś zakupy?
-Simon zrobił.
-Co?! Ten leń ruszył się z kanapy?- zapytałam zdziwiona.
-Wiesz, że też się dziwiłam? Ale podobno Ol zrobiła mu awanturę i nawet potem pranie rozwiesił.
   Gadałam tak jeszcze chwilę z Kate, a potem poszłam do kuchni otworzyć list od Alexa. Prosił, żebyśmy się spotkali wszyscy w piątkę, bo ma nam coś ważnego do powiedzenia. Z tyłu był napisany adres i godzina. Powiedziałam to dziewczynom i razem z Simonem pojechaliśmy na miejsce jego fiatem.
   Kiedy weszliśmy Alex siedział już przy stoliku czekając na nas. Nie wiedziałam, co chce nam powiedzieć, ale widząc jego minę, było to raczej coś miłego.
-Okay... Zebraliśmy się tu dzisiaj, abym obwieścił wam wspaniałą wiadomość- zaczął.
-Bierzesz ślub?!- krzyknął Simon.
-Nie! Czemu miałbym? Nawet nie mam dziewczyny, pacanie!
-Sorry no... Tak zacząłeś, to pomyślałem od razu o ślubie.
-Nieważne. Chciałem powiedzieć, że przeprowadzam się na stałe do Nowego Jorku.
-COOO???!!! - krzyknęłam zaskoczona.
-Nie cieszycie się?- zapytał.
Rzuciłam się mu na szyję. -Jasne, że się cieszymy głupku! Tylko gdzie będziesz mieszkał?- zastanawiałam się.
-Wynająłem mieszkanie jakieś 20 minut drogi od waszego. Stwierdziłem, że nie mam zamiaru znowu was wszystkich zostawiać, bo mi się znowu przeprowadzicie na drugi koniec świata- powiedział.
-Cóż, trzeba to oblać!- stwierdziła z radością Olee.

                                                                       * * *
   Potem czas mijał mi szybko. Zaczęłam pracę od ósmej do szesnastej, dostawałam raczej duże wynagrodzenie jak na taką robotę. Cieszyłam się, że Alex zostaje, że mam takie szczęście mieszkając tutaj z takimi ludźmi. A mimo to, gdy tylko patrzyłam w stronę lasu zastanawiałam się kim jest nieznajomy. Po kilku tygodniach jednak nie wytrzymałam. Wyrwałam kartkę z zeszytu, nabazgrałam na niej kilka słów i położyłam na balkonie przykrytą kamyczkiem, aby nie zdmuchnął jej wiatr.
   Tej samej nocy nie mogłam spać. Czułam, że nie zasnę. Leżałam nieruchomo na łóżku i poczułam lekki powiew wiatru. Wiatru? Przecież Ol miała zamknąć okna na noc. Jednak w tych sprawach, gdzie trzeba o czymś pamiętać nie ufałam szalonej przyjaciółce, więc poszłam sprawdzić. Tak jak myślałam okno balkonowe było uchylone. Już chciałam je zamknąć, ale jakaś okropna część mojego umysłu pchała mnie do przodu. Weszłam na balkon i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to brak mojej karteczki i obecność innej. Podniosłam ją. Delikatnie rozwinęłam.

Dobranoc więc, księżniczko.

Pomimo woli zarumieniłam się, tylko częściowo z zimna.

                                                               ~~~~~~~~~~
Mam nadzieję, że się podoba, zachęcam do motywacji mnie poprzez napisania komentarza jak się podoba, gdzie znajdujecie błędy lub czy macie jakieś podejrzenia ;D Wszystkiego najlepszego dla wszystkich dziewczyn w naszym dniu! <3

niedziela, 1 marca 2015

Rozdział 4

   Obudziłam się w szpitalu. Byłam kompletnie zdezorientowana. Nie pamiętałam niczego z wczorajszego dnia. Leżałam tak na łóżku przez kilka minut zanim cała prawda o mojej nodze, niebieskookim chłopaku i moim wykrwawianiu się zalała mnie jak fala. Nie pamiętałam jednak jak tu się dostałam. Przecież na pewno nie doszłam tu o własnych siłach. Straciłam bardzo dużo krwi, nie dałabym rady bez wykrwawienia się na śmierć. Spróbowałam podnieść się z łóżka. Poczułam rozchodzący się po całym ciele ból.
-Nie ruszaj się -głos był znajomy, kojący. Nikogo głos, nawet najpiękniejszy nie działał na mnie tak jak ten.
-Alex!- wrzasnęłam i rzuciłam się przyjacielowi na szyję.
   Znałam Aleksa od podstawówki. Kiedy kłóciłam się z Ol i Kate, on zawsze mi pomagał. Zawsze wysłuchał, dawał mi bezcenne rady, a kiedy nauczycielka przyłapała mnie na przykład na pisaniu liścików, gadaniu z kimś, a nawet na nieudolnych próbach podpalenia szkoły w drugiej klasie podstawówki z Olee, zawsze , bez względu na konsekwencje brał na siebie winę.
-Tak, tak... Czekaj Carol - zawsze tak do mnie mówił, najczęściej, żeby mnie zdenerwować- zabronią mi tu przychodzić, jak zobaczą, że przeze mnie popękają ci szwy.
-Alex co ty tutaj robisz? Skąd wiedziałeś, że tutaj jestem?- po tym, jak powiedziałam te słowa zrobiło mi się strasznie głupio. Bo w sumie nie odzywałam się do Aleksa od półtora roku odkąd się wyprowadził i zmienił liceum.
- Więc ogólnie pojechałem do twojego (już byłego) domu, gdzie twoja mama mi powiedziała, że wyjechałaś  z tymi wariatkami do Nowego Jorku. Byłem niesamowicie wkurzony, że mi o tym nie powiedziałaś. Poprosiłem o twój dokładny adres, wsiadłem w pierwszy samolot i przyleciałem tylko po to, żeby zrobić ci kazanie, jaka to okropna, bezduszna i chamska jesteś, ale jak tylko ta szurnięta Olee mi powiedziała, że miałaś wypadek i masz rozszarpaną całą nogę, popędziłem do szpitala. I masz szczęście, że nie byłaś przytomna jak wpadłem tutaj, jak jakiś byk za czerwoną flagą. Potem ćwiczyłem co do słowa moją karcącą wypowiedź. Aż się obudziłaś i wszystko popsułaś. Bo miałem być protekcjonalny i oziębły, a ty się na mnie rzuciłaś i się rozkleiłem.
-Wow. - wydukałam.
-To serio jedyne co chcesz mi powiedzieć?
Spojrzałam na niego. Tak bardzo się zmienił. Dopiero teraz to zauważyłam. Kiedyś był pryszczaty, niski z wiecznie rozczochranymi włosami. Teraz był wysoki, nadal chudy, miał proste i ciemniejsze włosy i zero wytrysków na twarzy.
-Nie masz już pryszczy!- wrzasnęłam nie mogąc się powstrzymać.
-Tak faktycznie, dzięki, bardzo miło jest to usłyszeć od przyjaciółki, której nie widziałem kupę czasu. Dokładnie na taką reakcję liczyłem- powiedział kpiąco.
-Sorki. Powiesz mi jak się tu znalazłam?
-Jakiś gościu cię tu przyniósł, zadzwonił do Ol z twojego telefonu i z Kate przyjechały do ciebie i przesiedziały tutaj dwa dni, aż w końcu ja przyjechałem i teraz się wymieniamy.
-Dziękuję. A ile spałam?
-Tak coś około 5 dni.
-Wooow. Nieźle. Nowy rekord. Chyba cię pobiłam, co looserze?
   Przez cały dzień wspominałam dawne czasy z Aleksem. Wieczorem zdjęli mi szwy i wypuścili do domu. Ale ja byłam niespokojna. Kim był chłopak, który mi uratował życie? Byłam mu wdzięczna, ale jednocześnie zła. Co on wtedy tam robił? Jak to możliwe, że tak szybko biegał? I do tego otaczał się taką dziwną aurą. Za jego rozbawionymi oczami zawsze chował się nieprzenikniony smutek i żal. Moje rozmyślania przerwał mi Alex.
-O czym myślisz?- zapytał.
-O niczym- głupio było mi okłamywać przyjaciela, ale nie chciałam, aby ktokolwiek o czymkolwiek wiedział. -Czy ten ktoś, kto mnie przyniósł do szpitala, był tam, czekał?
-Hmmm... Jeżeli chodzi ci o to, czy cię odwiedzał, to nie. Tylko cię przywiózł, zadzwonił i poszedł.
-Aaahh... Wiesz, chciałam mu podziękować. Nie zostawił może numeru?
-Nie, nie absolutnie.
-Szkoda -stwierdziłam. Naprawdę, po mimo wszystko chciałam coś o nim wiedzieć.
   Kiedy wszyscy gadali, Simon pił piwo, Olee śmiała się niemiłosiernie głośno, a Katie akurat wymiotowała chipsy (bardzo nie w jej stylu) ja wyszłam na balkon. Spojrzałam w las. Tam zobaczyłam go pierwszy raz. Myślałam, że to sen. I pewnie nim był. Czy on tam jest? Czy w jego pięknych niebieskich oczach nadal czai się smutek? Odpowiedziała mi cisza. Spojrzałam w dół. Na balustradzie zobaczyłam karteczkę. Pochyliłam się, aby ją podnieść. Na niej, odręcznym, delikatnym pismem było napisane:

Przyjdź znowu. Będę czekał.

Ostrożnie zgięłam kartkę na pół, włożyłam do spodni i weszłam do środka z sercem wypełnionym strachem i nadzieją.