sobota, 21 lutego 2015

Rozdział 1

   Podróż minęła mi szybko, o ile to możliwe przy kilkugodzinnym lataniu samolotem. W zasadzie przez większość czasu gadałam z Kate, bo Olee z Simonem byli zajęci jakimś programem, który razem projektują. Gdy dotarłyśmy na miejsce, w naszym wspólnym nowym mieszkaniu czekała na nas właścicielka, żeby dać nam klucze.
- Mam nadzieję, że będzie wam się miło tutaj mieszkało. Przystanek autobusowy jest tuż za rogiem, a dwa piętra pod wami jest sklep spożywczy, więc raczej nigdy nie będziecie głodni. A teraz już idę. Do widzenia!- powiedziała kobieta i wyszła.
- Przyjemnie tu - stwierdziłam.
- Tak. Mieszkanie jest genialne! Trzy pokoje, plus jeden wspólny i jeszcze kuchnia oraz łazienka.
- Wow. - wydusił Simon.
- Co ci?- zapytała Olee.
- Wiecie, byłem pewien, że to wasze mieszkanie to będzie jakaś klitka z niewiadomą ilością szczurów- przyznał. - Już nawet wymyśliłem scenariusz jak was pocieszyć. A teraz wyszło, że macie lepsze ode mnie.
   Po tych słowach Ol kopnęła Simona w kostkę i wybuchnęłyśmy śmiechem. Rzeczywiście, nie miałyśmy pojęcia, jakie będzie mieszkanie. Rodzice Katie znaleźli je dla nas. To miłe z ich strony, ale szczerze mówiąc nie wiedziałam, że mieszkanie będzie tak duże, nowoczesne i (jak na Nowy Jork) tanie.
   Wybierałam pokój pierwsza, bo pomysł z wyprowadzką, szkołą był mój. Więc wzięłam dosyć mały pokój, za to z ogromnym oknem wychodzącym na las. Tak, las. Śmieszne, prawda? W Nowym Jorku widok z okna na las, gęsty, piękny. Taki... niewiadomy.
   Urządziłyśmy sobie parapetówkę, jak to mówiła Olee, czyli pierwszy dzień w całkowicie pustym mieszkaniu. W sumie to raczej pierwsza noc. Bo do trzeciej nad ranem śmiałyśmy się, wpominałyśmy podstawówkę, gimnazjum, liceum... I oglądałyśmy filmy. No i oczywiście rzucałyśmy się chipsami, bo jak bez tego może się obejść ta pieprznięta Ol? Za to je pokochałam. Za to, że były tak pozytywne, szalone, a serca miały ogromne i bardzo delikatne, pomimo pozorów.

                                                                                * * *
   Ponieważ były wakacje, rano poszłyśmy do sklepu i za kasę od rodziców na wyposażenie mieszkania kupiłyśmy sobie meble. Zdziwiłam się, kiedy zobaczyłam ilość pieniędzy, które przelali na moje konto rodzice. Naprawdę dużo. Musieli raczej długo na to odkładać biorąc pod uwagę ich zatrudnienie.
   Kupiłam drewniane, jasne, delikatne rzeczy. Wszystkie z jednego zestawu: szafa, komoda, stoliczek i najlepsze wiszące półki. Do tego jeszcze wiele innych dodatków, ale moje zakupy mogłam uznać za bardzo udane.
   Po powrocie wzięłyśmy się za malowanie: każda swojego pokoju, a Simon malował salon. Kuchnia i łazienka były wykończone, więc o to nie musiałyśmy się martwić. Mój pokój pomalowałam na beżowy i biały. Kiedy skończyłam, byłam z siebie naprawdę zadowolona.

                                                                               * * *
   Stał tam. Ciemnobrązowe loki, błękitne oczy zmieniające swój odcień jak woda w oceanie. Przetarłam oczy. To musiało mi się tylko śnić...
Tylko śnić...


2 komentarze:

  1. Bardzo ciekawy rozdział ;)
    I to fenomenalne zakończenie ^^ I dodam, że akurat słucham piosenki ,,Just a Dream'' ... Przypadek?

    OdpowiedzUsuń
  2. Podoba mi się. Zakończenie tajemnicze i wciągające super.

    OdpowiedzUsuń