czwartek, 10 grudnia 2015

#nienatemat



Wiem, że (za przeproszeniem) "klumpa" to ma wspólnego z moim blogiem, ale jak wiecie, zatrzymałam go na jakiś czas. Teraz mam trochę inne zajęcie - tworzę filmiki, a oto pierwszy z nich! Więc to taka moja prośba - poświęćcie te dwie minutki na obejrzenie tych wypocin i podzielcie się ze mną swoimi wrażeniami :)))

Wciąż ta sama - Karko

niedziela, 9 sierpnia 2015

Rozdział 12

-Prawo Trzech to zasady, które były ustalone przy rozłamie. Przedstawiciele Jantaru, Ereny i Luny spisali ten kodeks, a potem podpisali go w imieniu swoim i ludu. Ereńczycy cenią sobie odwagę, równość oraz sprawność fizyczną oraz intelektualną. Każdy z Ereny poradziłby sobie miesiąc w dzikiej puszczy mając do użytku tylko dwa kamienie i patyczek. Są zaradni i dobrze zorganizowani. Jantarczycy mają to do siebie, że pragną władzy i porządku. Uczą się tylko tego, jak podpuszczać, oszukiwać  i otrzymywać od innych tego, czego chcą. Ich umysły pracują zupełnie inaczej niż reszty. Są sprytni i mądrzy na swój samodzielny sposób. To oni są geniuszami technologii. Luna to my. Tam każdy ma swoje własne dziwactwa, odmienne umiejętności, które razem tworzą całość. Część Luńczyków ma zdolności do posługiwania się Magią. Żeby nie było wątpliwości - do tej pory używaliśmy jej tylko i wyłącznie w dobrych celach. Nie da się wręcz inaczej, bo używamy tylko Dobrej Magii. I tutaj dotarliśmy do powodu naszej 'emigracji'. Ostatnimi czasy kilku Innych z Luny zaczęło hmmm... Zaznajamiać się z Czarną Magią. Niewielu o tym wie, a jeszcze mniej chce coś z tym zrobić. Eric był szpiegiem w Jantarze, ja razem z kilkoma innymi osobami uknuliśmy spisek. Niestety, tak jak w każdym filmie akcji, najbardziej zaufana osoba okazała się zdrajcą. Właściwie to zdradliwą...
-Eric, spokojnie. Nie ma co - przerwał Alex.
-Wiem - oznajmił Eric z ciężkim westchnięciem. - Wiem.
To wszystko wywarło na mnie wielkie wrażenie. Świat wielki, a niewidoczny, zupełnie odmienny od zwykłego świata do którego przywykłam. Byłam tak zmęczona tymi wyobrażeniami i myślami, że nie zauważyłam, kiedy oparłam się o ramię mojego najlepszego przyjaciela i zasnęłam.

*   *   *
Obudziłam się, kiedy słońce świtało na horyzoncie. Przetarłam oczy i powoli wyprostowałam plecy. Chciałam nie zwracać na siebie uwagi, ale moje kości niezbyt to obchodziło. Trzasnęły mi chyba wszystkie kręgi. Skrzywiłam się i mocniej opatuliłam kocem.
-Dzień dobry księżniczko! Kawy, herbaty, a może jajecznicy na srebrnej tacy? -zapytał ironicznie Eric zza kierownicy.
-Tylko pamiętaj, że do kawy dwie płaskie łyżeczki cukru, a jajecznicę jem tylko robioną na maśle -odpowiedziałam z przekąsem.
-Bardzo mi przykro, ale dzisiaj będziesz się musiała zadowolić paczką krakersów i butelką zimnej wody.
-Ha, ha. Czemu teraz Alex nie prowadzi samochodu?
-Kiedy chciał się zamienić, leżałaś na nim i choć miałaś naprawdę twardy sen, nie chcieliśmy cię budzić. A poza tym był tak zmęczony, że jak widzisz, od tamtego momentu śpi nadal i nie porusza się ani na milimetr, nie licząc opadania klatki piersiowej.
-Mam do ciebie pytanie - powiedziałam zbaczając z tematu.
-Hm?
-Kim była ta zdrajczyni o której mówiłeś wczoraj? - zapytałam z trudem tłumiąc ciekawość.
-Chyba nie jestem jeszcze gotowy, żeby móc w spokoju rozmawiać o całej tej akcji - powiedział, a ja znowu zobaczyłam jego smutne oczy w lusterku wpatrzone w drogę. -Przepraszam.
-Nie masz za co. Właściwie gdzie jesteśmy? - zapytałam chcąc zmienić temat.
-W lesie, nie widać? Pewnie drzewa ci zasłaniają.
-Ha, ha, ha, bardzo śmieszne. Znam to. Ale tak na serio, gdzie jesteśmy?
-Już  niedługo będziemy dojeżdżać w granice Meksyku.
-Meksyku? Wow.
-Tylko "wow"? Liczyłem na coś w stylu "Jesteś najlepszym kierowcą na świecie, zasłużyłeś na Nobla w dziedzinie genialności i przystojności!"
-Chyba niestety nie ma takiej dziedziny -powiedziałam z uśmiechem.
-Jeszcze - dodał swoje pięć groszy Eric i zaśmiał się cicho.

~~~~~~~~~~~~
Hejka! Dawno mnie nie było, ale sami wiecie jak to jest w wakacje. Złapał mnie nieuleczalny wirus lenistwa. Ale jest happy end - wzięłam się w garść i znów zaczynam regularnie wstawiać rozdziały! (Przynajmniej mam taki zamiar). Miłego czytania!

Drogi Czytelniku! Zostaw po sobie ślad i napisz komentarz - dla ciebie to 5 sekund, dla mnie najlepsza motywacja. Z góry dzięki!

wtorek, 30 czerwca 2015

LBA, czyli Liebster Blog Award #2

Okej, po raz kolejny zostałam nominowana do LBA. Jeśli nie wiecie co to jest, zachęcam do zajrzenia do poprzedniego postu o tej nagrodzie. Dzięki niej możecie lepiej poznać autora bloga, ale także przypomnieć sobie lub poznać jej kawałki. Zostałam nominowana przez http://worst-secret.blogspot.com/ <-- zapraszam na jej bloga! :D
A oto pytania dla mnie:
1.Do której książki najczęściej powracasz wspomnieniami?
Bez wątpienia do Więźnia Labiryntu (jako trylogii) Jamesa Dashnera.
2. Jak wymyślasz lub z czego czerpiesz pomysły na imiona bohaterów swojego opowiadania?
Bardzo różnie: czasami biorę moje ulubione imiona, czasami czysto szukam jakiś fajnych w internecie.
3.Czy słuchasz muzyki, gdy piszesz?
Raczej nie, bo piszę zazwyczaj w nocy, ale czasami się zdarza.
4. Czy jakaś sytuacja, która wydarzyła się w twoim opowiadaniu, miała miejsce w realu?
Musiałabym się zastanowić, ale jako, że mam fikcyjne postaci, to raczej nie.
5. Masz jakiś ulubiony cytat z książki/książek?
"Kiedy śmierć pomnie przyjdzie - poprzysiągł sobie chłopiec - to dam jej pięścią po gębie.
Osobiście byłem dość wzruszony. Takie szczeniackie maniery.
Tak. 
Spodobało mi się to. Nawet bardzo." Markus Zusak, Złodziejka  Książek
6. Twój ulubiony wokalista to...
Jared Leto <3
7. Twój ulubiony zespół?
Logicznie 30 Seconds To Mars
8. Jaki rodzaj muzyki lubisz najmniej?
Pop i dubstep, oczywiście bez obrazy dla słuchaczy tych gatunków, ja po prostu nie przepadam za taką muzyką.
9. Gdybyś złapał/-a złotą rybkę, jakie byłoby twoje życzenie?
Chciałabym móc wrócić w przeszłość, ale nie po ty, by coś zmienić, ale żeby przeżyć dzieciństwo jeszcze raz.
10. Kupujesz książkę przed czy po premierze?
Chodzi o premierę filmu? Zawsze przed, bo wiem, że duża część filmów "na podstawie książki" to filmy, które nazywają się tak samo jak ta książka i bohaterowie mają tak samo na imię, a cała reszta to już wyobraźnia scenarzysty, reżysera, producenta i ich czasem zbyt bujnych wyobraźni.

Pytania dla nominowanych blogów ode mnie:
1. Dlaczego piszesz bloga?
2. Czy pisanie nie przeszkadza ci w nauce (wiecie, o co chodzi xd)?
3. Masz swoje ulubione miejsce do pisania?
4. Czym się interesujesz oprócz pisarstwa?
5. Jakie jest twoje marzenie?
6. Oglądasz jakiś youtuberów (np. PewDiePie czy ReZi)?
7. Lubisz czytać?
8. Jaką książkę poleciłbyś\abyś przyjacielowi, który nie czyta książek, tak aby zaczął?
9. Twój ulubiony blog?
10. Ulubiony gatunek literacki?

A teraz, pampampam, chwila na którą wszyscy czekali!
Nominuję:
http://thewinged-uskrzydlona.blogspot.com/
http://moj-swiat-do-gory-nogami.blogspot.com/
http://ludzkipsychiatryk.blogspot.com/
http://dziewczynai.blogspot.com/
http://tworczosc-merr.blogspot.com/
Życzę powodzenia! :)

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Rozdział 11

   Jechaliśmy już od kilku godzin. Byłam tak wyczerpana, że pomimo moich wysiłków, cały czas zasypiałam, po kilku minutach budząc się gwałtownie. Eric powtarzał mi, że mogę spać, ale chyba domyślił się, że nadal mu nie ufam. Po kilku próbach zrezygnował.
-Słuchaj, Caroline. Jeśli chciałbym cię zabić, mógłbym to zrobić w każdej chwili, albo po prostu nie wyciągać się z Utze. Jesteś wykończona, więc musisz zasnąć, chociażby po to, żeby potem być gotowa.
-Gotowa na co? -zapytałam, chcąc zmienić temat. Jak na razie nie dał mi żadnych powodów, żebym zaczęła mu ufać.
-Nieważne -powiedział wymijająco. Ale chciałam się czegoś dowiedzieć.
-Alex? -wiedziałam, że mi powie. Nigdy przede mną niczego nie zataił.
Nie odpowiedział.
-Alex? -zapytałam jeszcze raz.
Znów nic. Zaczęłam się niepokoić. Po sekundzie zrozumiałam. Wyskoczyłam z siedzenia do przodu i błyskawicznie złapałam za kierownicę i szarpnęłam ją nakierowując samochód prosto.
-Kurczę, przepraszam! Przepraszam, przepraszam, przepraszam! -mówił Alex.
-Jest okej. To nie twoja wina. Jesteś zmęczony. Musimy się zatrzymać...
-Nie! -krzyknęli równocześnie chłopcy. Wymienili spojrzenia. Poczułam się obco. Po chwili Eric kontynuował. -Zamienię się z Alex'em, żeby więcej nie zasnął za kółkiem, ale nie możemy się zatrzymywać.
-Wytłumaczycie mi wreszcie o co chodzi? Gdzie jedziemy? Co to byli za ludzie? O jakiej chorobie mówili i dlaczego miałam wstąpić do ich armii? -pytałam do czasu, kiedy zabrakło mi powietrza w płucach.
-Spokojnie, po kolei -zaczął Eric. -Na serio chcesz wszystko wiedzieć? -zapytał.
-Wszystko -potwierdziłam.
-Okej... Ci ludzie w Utze to Inni. Dosłownie. Istnieją na świecie różne rasy. Są ludzie i są noo... Inni.
-Co? -zapytałam zdezorientowana.
-Inni to raczej zbiór ras. Inni wyglądają jak zwykli ludzie, chociaż często moją jakieś znaki szczególne dotyczące ich umiejętności. Chodzi o... Tak jak wy, Zwykli byście powiedzieli "umiejętności nadprzyrodzone". Inni mają różne talenty, od bardzo potężnych do totalnie nieprzydatnych. Kiedyś tworzyli jedność, ale poprzez ich konflikty podzielili się na trzy grupy: Jantar, Erena i Luna. Przy podziale przysięgły wieczny pokój i że nazwa klasy nigdy nie będzie miała znaczenia, jednak nigdy w życiu nie widziałem chociażby pokojowo nastawionego Jantara do Ereny. Grupy różnią się poglądami politycznymi, mniejszymi różnicami w prawie, ale głównie chodzi o to, że Inni chcieli przywódcy. Ale nie zgadzali się przy wyborze, więc nastąpił podział, a raczej rozłam. Zamknęli cię w Jantarze. Byli pewni, że odeszłaś z Ereny, więc tak jak każdego byłego Ereńczyka chcieli cię zwerbować do swojej armii, która jest oczywiście wbrew Prawu Trzech. Planują coś dużego, dużo gorszego niż wojna. Ale prawie nic o tym nie wiem, to ich tajne plany. A co do tego gdzie jedziemy... bezpieczne miejsce. Jeśli można tak to nazwać, oczywiście. A jeżeli chcesz wiedzieć co tam robiłem, to dowiesz się tego w późniejszym czasie. Nie wszystko naraz. Po prostu mi zaufaj -powiedział i wykonał zakręt kierownicą.
Układałam sobie to wszystko w głowie. Czegoś mi tam brakowało.
-A Luna? Prawie nic o niej nie powiedziałeś.
-Luna to ci najmądrzejsi. A przynajmniej kiedyś byli. Są taką barierą, która podtrzymuje Erenę i Jantara przed wskoczeniem sobie do gardeł. Jest ich bardzo niewielu, bo prawie nikogo nie przyjmują, są odizolowani od reszty. Nikt nic o nich nie wie, oprócz tego, że istnieją. Czasami spotykają się z nimi tylko przedstawiciele.
-A co ma do tego wszystkiego Alex? -zapytałam. Bardzo się bałam odpowiedzi, wręcz chciałam jej nie poznawać, ale wiedziałam, że muszę się tego dowiedzieć.
-Alex to... -zaczął Eric.
-Nie, Eric. Powiedzmy jej prawdę -przerwał mu Alex. Prawie zapomniałam, że siedzi obok mnie. Eric westchnął. -Jestem z Luny, a Eric był ich szpiegiem w Jantarze. Jesteśmy uciekinierami i wkopaliśmy się, a teraz również cię, w niezłe bagno.
-To już zdążyłam zauważyć -stwierdziłam.

~~~~~~~~~~~~~~~
Drodzy czytelnicy, liczę na to, że chociaż trochę się wam porozjaśniało i zaczynacie rozumieć, o co chodzi :D Kilka osób pytało, czy to będzie fan fiction Darów Anioła, ale ja od początku chciałam stworzyć coś swojego. Mam nadzieję, że mimo to będzie się wam podobało i nie zrezygnujecie z czytania mojego bloga. Proszę o komentarze, dla was to chwilka, a dla mnie cenny komentarz i uwaga. Z góry dzięki!

niedziela, 14 czerwca 2015

Rozdział 10

   Siedziałam w celi już od kilku dni. Znajdowała się w niej tylko stara prycz i śmierdzący wełniany koc i toaleta. Było mi ciężko. Nic nie jadłam, co może nie było dobrym pomysłem biorąc pod uwagę moją sytuację: zamknęli mnie w małym pokoju, który znajdował się w dużym, starym budynku, który był... No właśnie gdzie? Nie miałam pojęcia. Wiedziałam tylko, że na pewno Katie i Olee szaleją z niepokoju i pewnie wezwały policję, żeby mnie szukali.
   Codziennie dostawałam świeże jedzenie i wodę, ale jak już mówiłam, nic nie jadłam. Postanowiłam, że jeśli mam umrzeć, to umrę walcząc przynajmniej w taki sposób. Bo za żadne skarby nie miałam zamiaru wstępować do ich armii, czymkolwiek oni byli. I jeszcze Eric. Nie wiedziałam jak mógł mnie tak oszukać. Ale z drugiej strony nic nigdy o sobie nie mówił, więc nie powiedział mi czegoś w stylu "Nie jestem parszywym draniem, który doprowadzi cię do niechybnej śmierci", więc patrząc na to z perspektywy postronnego obserwatora, można pomyśleć, że mnie nie okłamał. Tylko ukrył prawdę. Albo jej po prostu nie zrozumiał. Wmówienie sobie "Postępuję słusznie, bo wszyscy tak robią" nie jest żadnym usprawiedliwieniem.
   Tego dnia w nocy usłyszałam szelesty za drzwiami. Mam słaby wzrok, ale przez to trzy razy bardziej wyostrzony słuch. Tak więc słyszałam wszystko bardzo dokładnie.
-Śpi? -zapytał ktoś.
-Chyba tak. Nic nie słyszę -odpowiedział drugi głos.
-Dobra, na trzy wchodzimy. Tylko cicho i pamiętaj, żeby wszystko zabrać. Raz, dwa, trzy!
 W tym momencie ta dwójka otworzyła drzwi i rzuciła się w stronę pryczy. Zanim zdążyli się zorientować, że nikogo tam nie ma, dwie ciężkie metalowe misy, które były jedynym wystrojem pokoju, wyleciały prosto z moich rąk i dotarły do swoich celów: krocza i głowy napastników.
-Auaa! -rykną jeden.
-Zamknij się, idioto! -krzyknął drugi. -I ruszaj się, bo za chwilę będzie po wszystkim. Bierz ją!
Nie wiedziałam o co chodziło, ale rozpoznałam głos. To był Eric. Cała moja furia zbierana przez te kilka dni eksplodowała. Bez wahania rzuciłam się na niego. Trzeci cios zdołał odparować, po czym szarpnął mnie za nadgarstki i szepnął:
-Musisz mi zaufać. Musisz.
-Ja? Tobie? Wolałabym tutaj zgnić, niż ci zaufać -powiedziałam nie szczędząc nienawiści wypływającej z mojego głosu. -Jeśli nie masz nic ciekawego do roboty i chcesz się z kimś pobawić, lepiej poszukaj innej dziewczyny, bo ja jakoś nie mam ochoty.
Słowa wyraźnie zadziałały. Spojrzałam mu w oczy i znów widziałem ten smutek, tym razem nasilony, błagający o litość. W tym momencie chciałam go tylko przeprosić, przytulić i powiedzieć znane słowa pocieszenia "Wszystko będzie dobrze". Ale nie zrobiłam tego. Odsunęłam się od niego robiąc duży krok do tyłu.
-Wiedziałem, że mi nie zaufasz, dlatego on przyszedł tu ze mną -powiedział.
Zupełnie zapomniałam o człowieku, który przyszedł z nim. Zerknęłam za ramię Erica i nagle zniknęło wszystko oprócz Alexa. Rzuciłam się mu w ramiona, którymi mnie mocno otoczył. Delikatnie głaskał mi rękami plecy. Staliśmy tam przez dobre kilka minut w ciszy, kiedy Eric chrząknął.
-Taak, chyba musimy iść, jeśli nie chcemy, żeby nasze głowy zawisły nad bramą. Nie wiem jak wy, ale ja całkiem lubię moją głowę.
Uwolniłam się z uścisku Alexa, co było bardzo złym pomysłem. Poleciałam w dół, ku podłodze, a przed upadkiem zdołały mnie uchronić tylko silne ręce Erica.
-Caroline! Co się dzieje? -krzyknął Alex.
Już chciałam odpowiedzieć, ale wyprzedził mnie Eric.
-Nic nie jadła przez kilka dni. Raczej nam to nie pomoże. Wezmę ją na ręce, ty pobiegniesz przodem, do jeepa. Bądź gotowy, żeby móc odjechać w każdej chwili. Bądź uważny, bo jak coś spieprzysz, to nie ręczę za siebie. No już, omawialiśmy to. Znasz plan, biegnij!
Alex zawahał się jeszcze, spojrzał na mnie i posłał mi swój uśmiech mówiący "Jest okej, nie przejmuj się. Dam radę" i pobiegł. Ufałam tylko Alexowi i chciałam, aby on ze mną został, ale wiedziałam, że to niemożliwe.
-Trzymaj się mocno - powiedział Eric i pobiegł wzdłuż nieoświetlonych korytarzy trzymając mnie na rękach. Kurczowo uczepiłam się jego kurtki. Po dziesięciu minutach nie dałam rady i odpłynęłam w ciemność.
***
Kiedy się obudziłam poczułam, że ktoś mnie trzyma. Eric. Już nie biegł, byliśmy w samochodzie. Podpierał moją głowę na swojej ręce. Zadrżałam, ale nie z zimna. Kiedy to poczuł, szybko posadził mnie na siedzeniu obok i opuścił rękę.
-Dobrze, że się obudziłaś. Zimno ci? -zapytał, a ja pokiwałam głową w odpowiedzi, chociaż nie była to prawda. -Gdzieś tutaj jest termos z herbatą i kanapki. Musisz coś zjeść. Nic nie jadłaś, dlatego jesteś taka zmęczona. Teraz jeśli czegoś nie zjesz, będzie jeszcze gorzej.
Eric podał mi jedzenie. Nie byłam zdolna wydusić z siebie ani jednego słowa. Alex kierował, aale cały czas nerwowo odwracał się do tyłu i patrzył w moją stronę.
-Wszystko okej? -zapytał.
Wzruszyłam ramionami. Raczej już nigdy nic nie będzie "okej". Nie po tym, co później przeżyłam.

~~~~~~~~~~~
Siemanko ziomeczki! Bardzo przepraszam, że tak długo nie pisałam, ale zakończenie roku i oceny trzeba podciągać :( Mam nadzieję, że rozdział się wam spodobał, następny wstawię dużo szybciej (obiecuję). Piszcie czy wam się podobało, co nie, a co was zdziwiło (albo co nie) XD. Pozdrawiam!

piątek, 1 maja 2015

Rozdział 9

Zobaczyłam mamę, tatę, Mary, Paulę, Kate, Olee, Simona i Alexa. Wszyscy byli tacy radośni. Alex kładł koc na trawie, tata z Simonem rozpalali grilla, mama rozmawiała przez telefon i gestykulowała wesoło, a dziewczyny gadały ze sobą i śmiały się. Ta scena wydawała się mi być za razem bardzo bliska, ale i odległa. Nagle przypomniałam sobie. To był maj trzy lata temu, kiedy jeszcze mieliśmy działkę nad jeziorem i jeździliśmy tam każdego lata. Chciałam trwać w tym wspomnieniu, zatopić się w nim, ale zostałam brutalnie szarpnięta i obudziłam się.
Leżałam na łóżku. Byłam wyspana, ale miałam chęć jeszcze trochę poleżeć. Nade mną stał wysoki chłopak o blond włosach i wyjątkowo mocno wydatnych kościach policzkowych. Zastanawiałam się, czy go kiedyś nie spotkałam, ale od razu przepędziłam tę myśl.
-Wstajemy, księżniczko. To niestety nie jest pałac. Za dwie minuty w Ukwizytorium - powiedział i wyszedł.
Dopiero po jego wyjściu uświadomiłam sobie, że nie jestem w domu, ani żadnym znanym mi pomieszczeniu. Nie miałam na sobie moich ciuchów, tylko jeansy i flanelową koszulę. Ubrania były idealnie dopasowane. W dole mojego łóżka leżało pudełko. Otworzyłam je i zobaczyłam czarne glany. Spojrzałam na podeszwę. Rozmiar 38. Mój rozmiar. Wszystko to było bardzo dziwne i podejrzane. Chciałam uciec przez okno albo cicho się wymknąć, ale moja ciekawość zwyciężyła. Szybko włożyłam buty i wyszłam z pokoju.
Od razu po wyjściu zadałam sobie pytanie: gdzie ja właściwie mam iść? Przecież nie mam pojęcia co to jest, ani gdzie jest jakieś Ukwizytorium. Postanowiłam jednak skierować się prosto wąskim korytarzem. Na ścianie wisiały obrazy. Niektóre piękne, przedstawiające chyba... Wenecję? Paryż? Okinawę? Nie wiedziałam. Namalowane miasteczko przypominało po trochu każde z tych miejsc. Cień był idealnie ujęty, panował tam znaczny kontrast pomiędzy barwami ciepłymi a zimnymi, ale pomimo to światłocień miał w sobie pewną delikatność. Z tych rozmyślań wyrwał mnie głos:
-Myślałem, że interesujesz się fotografią, a nie malarstwem.
-W zasadzie tym i tym - powiedziałam i obróciłam się twarzą do wysokiego blondyna. -Czy możesz mi wyjaśnić co tutaj robię? To było porwanie? Będziecie mnie tu więzić? I gdzie są moje ciuchy?! - ostatnie pytanie samo wymknęło się z moich ust, chociaż tego na prawdę nie chciałam.
-Wszystko w swoim czasie, księżniczko - powiedział chłopak chichocząc. - A teraz chodź.
Nic nie rozumiałam. Po co? Dlaczego ja? Mimo wszystko jedyne, co mi pozostało to pójście za nim.
W korytarzu było cicho. Słychać było tylko szelest butów na posadzce. Bałam się tego, gdzie wtedy szłam. Ci ludzie chyba wiedzieli o mnie wszystko!
   Nagle zatrzymaliśmy się przed masywnymi drewnianymi drzwiami. Blondyn szarpnął mocno za klamkę i drzwi rozsunęły się ze skrzypnięciem. Gestem nakazał mi wejść do środka. Wnętrze było umeblowane nowocześnie pomimo starych murów budynku. Pomieszczenie było przestronne z dużą białą kanapą i białymi fotelami. Nie było tam nikogo prócz mnie i chłopaka.
-Za chwilę zjawi się Rada. Postaraj się być miła, bo nigdy nie wiadomo co z tobą zrobią.
-Coo? - zapytałam, ale nie doczekałam się odpowiedzi, bo nagle drzwi znów się rozsunęły i do Ukwizytorium weszło dwóch mężczyzn; jeden młody, a drugi w średnim wieku. Zaraz po nich do pomieszczenia weszła kobieta. Trudno było mi określić jej wiek. Dawałam jej około trzydziestu pięciu lat.
   To dziwne trio przeszło przez pomieszczenie i zatrzymało się przede mną. Starszy mężczyzna uśmiechał się przyjaźnie. Drugi chłopak stał pochylony tak, że nie mogłam dostrzec jego twarzy. Kobieta natomiast obrzucała mnie protekcjonalnym spojrzeniem.
-Witamy panno Voyer w naszych skromnych progach - powiedziała, a gdy nie odpowiedziałam zaczęła mówić dalej. - Zapewne chcesz wiedzieć, dlaczego tutaj jesteś. Zostałaś przetransportowana w to miejsce, bo potrzebowałaś naszej pomocy.
-Nie sądzę - powiedziałam, jednak kobieta kontynuowała.
-Byłaś Zarażona, jak większość ludzi z mieszaną krwią. Jednakże uleczyliśmy Cię.
-Mhm - powiedziałam tylko. Za dużo informacji naraz. "O co chodzi?"- myślałam.
-Ale nic nie jest za darmo. Uleczyliśmy Cię, ale teraz potrzebujemy twojej pomocy. Chcemy, żebyś wstąpiła do naszej armii - spokojnie oświadczyła kobieta.
-Co?! Chyba żartujesz. Nawet was nie znam! Nie będę występować do żadnej armii! - krzyknęłam.
-Przemyśl to dobrze. Potrzebujemy takich jak ty. Czekam na decyzję do jutra. Pamiętaj, że konsekwencje twojej odmowy mogą być dość... okrutne - powiedziała z okrutnym uśmieszkiem na wargach. -A teraz Misdale odprowadź proszę pannę Voyer do celi. Może po spędzonej tam nocy zmieni zdanie.
-Elizabeth, czy Ky nie mógłby... - powiedział młody chłopak z pochyloną głową. Nagle wydał mi się dziwnie znajomy.
-Ah, no dobrze. Ky, odprowadź ją - rzekła i odwróciła się do mnie tyłem.
   Miałam ochotę krzyczeć, że nie mam zamiaru nigdzie iść, że chcę wracać do domu. Ale w tej samej chwili podszedł do mnie blondyn - Ky.
-Chodź - szepnął mi do ucha. -Zanim będzie jeszcze gorzej.
Doszliśmy już do drzwi, gdy nagle ja zorientowałam się skąd znam tego chłopaka. Wyszarpnęłam moje ramię z uścisku Ky'a, odwróciłam się i krzyknęłam.
-Eric?!
Ciemnowłosy chłopak odwrócił się i spojrzał na mnie swoimi niebieskimi oczami pełnymi smutku, w tym samym czasie, gdy Ky podbiegł do mnie i zaciągnął siłą na korytarz, a Eric opuścił wzrok i odwrócił się szybko.
 ~~~~~~~
 
Przepraszam was bardzo za niepisanie, ale miałam bardzo, bardzo, bardzo dużo roboty w szkole. Teraz będę dodawała częściej i mam nadzieję, że podoba wam się rozdział. I tak, wiem mam do napisania odpowiedzi na jakieś 50 pytań za nominację do Liebster Blog Award XD Zrobię to, obiecuję, ale was proszę o komentarze, np. co mam zmienić, jakieś błędy lub jakieś miłe słowo :) Z góry dzięki i pozdrawiam was wszystkich!

środa, 8 kwietnia 2015

Nominacja Liebster Blog Award ❤

Heeej,
Właśnie przed chwilą zorientowałam się, że mój blog został nominowany do LBA, czyli Liebster Blog Award. Jestem troszeczkę (a nawet bardzo) zdziwiona i szczęśliwa ;D Polega to na tym, że bloggerzy nominują po 11 blogów i każdy nominowany odpowiada na 11 pytań. Ideą tego przedsięwzięcia jest wypromowanie ciekawych, chociaż czasem mało znanych blogów.
Oto blog superosoby, która mnie nominowała i nic mi o tym nie powiedziała XD :
 moj-swiat-do-góry-nogami.blogspot.com <-- polecam!

A oto pytania, które zostały mi zadane:
1. Dlaczego zdecydowała się pisać blog o tej tematyce, a nie innej?
Piszę Fantasy. Zainspirowała mnie moja ulubiona seria - Dary Anioła Cassandry Clare. U mnie również można spotkać wampiry, wilkołaki, a z czasem dowiecie się co jeszcze ;)
2. Czy w którejś postaci odnalazłabyś siebie?
Szczerze mówiąc, tak. Główna bohaterka ma trochę cech po mnie, ale jest tą lepszą wersją- bardziej utalentowaną i mimo wszystko zwariowaną.
3. Jakiej muzyki nienawidzisz?
Techno, dubstepu i country. Ciężko mi słuchać takiej muzyki gdziekolwiek jestem.
4. Piszesz książkę?
Oprócz bloga, czasami piszę opowiadania i teksty. Mam zarys książki, którą chciałabym rozpocząć.
5. Czemu nie/tak?
Przede wszystkim brak czasu i nauka - wymówka każdego bloggera.
6. Od kiedy piszesz?
Hmm... Od roku chyba ;o
7. Ulubione serie książkowe?
Dary Anioła oraz Diabelskie Maszyny Cassandry Clare, Więzień Labiryntu Jamesa Dashnera oraz Gone Zniknęli Michaela Granta ❤
8. Kogo najbardziej szanujesz w swoim opowiadaniu?
Myślę, że Kate. Zawsze ma czas dla przyjaciółek, jest dla nich podporą i "klejem". Uspokaja szaleńczy temperament Olee, a Caroline potrafi doradzić i pomóc. Ostrożnie obchodzi się z chłopakami, a obowiązki stawia zawsze (no, prawie) nad przyjemności.
9. Wzorujesz się na jakimś autorze?
Chyba na wszystkich po trochu z tego co u siebie zauważyłam. Można tu zobaczyć jakieś pierwowzory z bardzo, bardzo wielu książek.
10. Sama korektorujesz rozdziały, czy masz swoją betę?
Sama, jak na razie.
11. Gdybyś mogła, zmieniłabyś coś w swojej opowieści?
Sama nie wiem. Teraz chyba nie, ale zapewne z czasem będę coś chciała XD

Okay, to tyle ;> Teraz ja najpierw zapiszę pytania, a następnie blogi, które nominuję.

1. Twój ulubiony parring?
2. Ulubiony kolor?
3. Kto jest osobą, na której wzorowałeś/łaś główną bohaterkę/głównego bohatera?
4. Spędzasz więcej czasu sam/a, czy w towarzystwie?
5. Planujesz to, co napiszesz, czy wymyślasz z głowy i od razu wstawiasz na bloga?
6. Co Cię inspiruje?
7. Wolisz pisać swoje, czy czytać teksty innych?
8. Ulubione imię damskie/męskie?
9. Jaka jest najdziwniejsza książka, którą przeczytałeś/łaś?
10. Nie wkurzają Cię moje głupie pytania? XD
11. Oceń swojego bloga w skali 1-10.

Nominowane blogi przeze mnie:
 ~ życie-jest-jedno06.blogspot.com
~ miłość-nie-dzięki.blogspot.com
~ kraina-hadesa.blogspot.com
~ niebopoco.blogspot.com
~ moonlighthike.blogspot.com
~ tacopiszeopowiadania.blogspot.com
~ tori0102.blogspot.com
~ dziweczynai.blogspot.com
Gratuluję wszystkim dobrej roboty i życzę powodzenia oraz weny!
A rozdział pojawi się dzisiaj lub w piątek ;)

czwartek, 2 kwietnia 2015

Rozdział 8

   Nie mogłam uwierzyć. Niby tylko to, a jednak. O co chodziło? Może to on jakimś sposobem je zabrał. Albo to któraś z dziewczyn je przypadkowo wyrzuciła. Postanowiłam się po prostu zapytać.
-Kate, nie wzięłaś przypadkiem kilku związanych białych karteczek z mojego biurka? Widziałaś je kiedy wczoraj sprzątałyśmy? - zapytałam.
-Szczerze, to wyrzuciłam całe tony porwanego papieru, więc raczej ci nie pomogę. Ol w ogóle nie sprzątała śmieci, czyli jest małe prawdopodobieństwo, że je widziała, ale możesz się jeszcze upewnić - odpowiedziała mi przyjaciółka.
   Niestety odpowiedź Olee była również negatywna. Przez cały dzień jak zawsze byłam głową w chmurach, ale wyjątkowo niczego nie popsułam pomimo przejścia pod drabiną przed przyjściem do pracy. Właściwie dzień zapowiadał się całkiem przyjemnie, bo akurat nie towarzyszył mi pech. Przynajmniej tak myślałam.
   Był kwadrans do trzeciej. Tylko godzina i piętnaście minut do skończenia pracy. Jeszcze wytrzymać godzinę bez żadnych wtop i przypałów. Bardzo chciałam, ale jak widać ja przyciągam głupie i żenujące sytuacje oraz kłopoty.
-Caroline! Chodź tu na chwilę i mnie zastąp. Muszę pilnie zadzwonić, serio. Proszę, to ostatni raz, serio! - poprosiła mnie Natalie, która w ciągu tych kilku tygodni mojej pracy musiała odebrać jakieś trzysta very important calls. Pomimo że nadużywała słowa "serio" i zawsze chciała, żebym to ja ją zastąpiła podczas jej rozmów telefonicznych, budziła we mnie sympatię i nie chciałam jej odmawiać, bo niespecjalnie ciężko jest tylko przyjąć zamówienie.
   Podeszłam do lady. Działałam już jak automat. Mówiłam to samo kilkadziesiąt razy dziennie.
-Dzień dobry. Co mogę podać? - zapytałam klienta nawet nie darząc go spojrzeniem, bo akurat wtedy moim priorytetem było przegonienie much z blatu. Nienawidzę much. Serio.
-Duże White Hot Chockolate.
Głos brzmiał... Znajomo. Delikatnie zachrypnięty męski głos. Skąd ja go znam? Uniosłam głowę znad kartki z zamówieniem i spojrzałam na mężczyznę.
Na jego ciemnych włosach igrały promyki słońca, a jego intensywnie niebieskie oczy wpatrywały się uparcie w moje. Nagle zachciało mi się tańczyć, skakać i śpiewać. Pomimo tak wielkiej wewnętrznej radości zdołałam wykrztusić tylko:
-Emm... Imię?
-Eric - powiedział i posłał mi anielski uśmiech.
ERIC. Eric. Eric. Jego imię rozbrzmiewało w mojej głowie. Pasowało do niego idealnie. Nagle uświadomiłam sobie, że stoję wciąż gapiąc się mu w oczy. Szybko otrząsnęłam się i ułamek sekundy później wydawało mi się, że znów dostrzegłam przebłysk smutku w jego oczach, którego wyjątkowo dzisiaj nie widziałam.
-Natalie! Natalie!!! - darłam się. -Natalie, muszę wyjść. Proszę zastąp mnie - powiedziałam po czym wybiegłam z kawiarni.
   Nie sądzę, żeby mojej koleżance odpowiadało to, że nagle zaczęłam zachowywać się jak wariatka i niczego nie wyjaśniając wyleciałam jak z procy. Ale nie obchodziło mnie to w tym momencie.
   Skręciłam za rogiem i pobiegłam. Podczas tych pięciu sekund uświadomiłam sobie, że każdy kto pomyśli, że jestem nienormalna będzie miał całkowitą rację. Powinnam z nim porozmawiać, a nie za każdym razem uciekać przed nim, przed problemami, czy po prostu okrutną prawdą. Mimo to szybko wsiadłam w taksówkę i pojechałam.

* * *
   Siedziałam tam już od piętnastu minut. Ochłonęłam. Wśród natury zawsze było mi dobrze, zawsze mogłam się tam zaszyć, kiedykolwiek potrzebowałam odpocząć przed zgiełkiem i hałasem świata, nienawiści i okrucieństwa ludzi, a nawet ich głupoty. W lesie zawsze było mi dobrze.
-Hej.
Odwróciłam się. Za mną stał Eric.
-Mogę usiąść? - zapytał.
Pokiwałam głową, zgadzając się. Już i tak byłam na skraju wytrzymania nerwowego. Musiałam wytrzymać.
-Jak mnie znalazłeś? - spytałam dziwiąc się.
-Nowojorscy taksówkarze w gruncie rzeczy nie zarabiają wiele - powiedział uśmiechając się łobuzersko, tak, że nie sposób było się nie uśmiechnąć.
-Uśmiechasz się - stwierdził ze zdziwieniem. -Kurcze. Właśnie zdałem sobie sprawę, jak głupio to zabrzmiało.
-Trochę - potwierdziłam. -Ale chyba nie przyszedłeś po to, żeby znowu mnie wkurzyć? Uprzedzam, że dzisiaj nie mam już na nic siły.
-No tak... Właściwie przyszedłem przeprosić. Za to jak głupio się zachowywałem.
-W sumie to chyba jednak ja powinnam przeprosić. Za to, że cię spoliczkowałam. To było głupie, a ja byłam wtedy falą wściekłości.
-Co jak co, ale rękę to ty masz jak ze stali - oświadczył.
Zaśmiałam się. Wreszcie jakaś zmiana od trzech tygodni. Śmiech już dawno mi nie towarzyszył. Stęskniłam się za tym uczuciem lekkości. Chwilę potem spoważniałam.
-A to coś... Wtedy w tym barze... - nie wiedziałam jak to ująć.
-Świat nie jest taki na jaki wygląda Caroline - powiedział wpatrując się w jakiś punkt w oddali.
-To znaczy? - zapytałam.
Spojrzał na mnie. Przyglądał mi się chwilę, po czym obiecał:
-Powiem ci. Ale nie teraz. Wiedza nie zawsze jest bezpieczna. Wręcz przeciwnie. Wiedza jest ciężarem i wiecznym strachem przed czymś, który nosimy i który nigdy nie stanie się lżejszy, ani wygodniejszy. Może się jedynie stać trochę mniejszy. Czasem warto zostać w niewiedzy, aby życie było prostsze.
 
* * *
   Byłam już w domu. Umyłam się, zjadłam kolację i poszłam spać. Długo nie mogłam zasnąć. Dręczyły mnie myśli o słowach Erica. W końcu jednak zdołałam usnąć.
W środku nocy obudził mnie dźwięk butów na posadzce. Zaniepokojona wstałam i wyszłam z pokoju.
-Katie? Ol?
Nikt mi nie odpowiedział. Po chwili dostrzegłam w kącie ruch i zanim zdążyłam się obrócić, poczułam ostry ból głowy i osunęłam się w ciemność.
                                              
                                                                         ~~~~~~~~
Dzisiaj się postarałam ;D Mam nadzieję, że się podoba i jak zwykle proszę o sugestie, krytykę i komentarze :) A tak btw Eric miał mieć jeszcze na imię Jason lub Maks (na serio nie byłam ani trochę pewna wyboru), więc jeżeli dużej ilości imię się nie spodoba to jeszcze mogę zmienić XD
Pozdrowionka ❤ 

środa, 25 marca 2015

Rozdział 7

   Stałam nie mogąc się poruszyć. Nasze spojrzenia zwarły się. Moje - przerażone i zdruzgotane, a jego - zdezorientowane i wściekłe. Ułamek sekundy późnej wszystkie emocje na jego twarzy rozpłynęły się i tylko oczy zdradzały co tak naprawdę się działo w jego głowie. Jak on mógł być wściekły? W jednej sekundzie kiedy przed nim stałam, a on już chciał otworzyć usta, żeby coś powiedzieć spiorunowałam go wzrokiem i bardzo boleśnie (dla niego) zapobiegłam powiedzeniu czegokolwiek przez niego, po czym ruszyłam przed siebie biegnąc jak najszybciej.
   Myśli wirowały mi jak szalone. Co to było? Te człekokształtne stworzenia - pół psy, pół ludzie? A może wilki? Albo kojoty? Wilkołaki? Nie. Musiałam zwariować. Tak powtarzałam sobie w duchu, próbując przekonać samą siebie.
   Po piętnastu minutach zauważyłam, gdzie biegłam. Biegłam przez Manhattan, a nasze mieszkanie znajduje się a obrzeżach Brooklynu. Słońce chyliło się ku zachodowi, a ja oczywiście musiałam wydać całą kasę na taksówkę i ten cholerny deser. Świetnie. Mogliby chociaż zwrócić mi pieniądze za niepożądane atrakcje (czytaj: walki człowieko-psów). Teraz przez moją lekkomyślność, lub po prostu idiotyzm, musiałam przejść przez cały Manhattan i Brooklyn.
   Po dwóch godzinach dochodziłam już do domu. Przemyślałam parę spraw. Przede wszystkim: On musi mi to wyjaśnić, a poza tym musi to zrobić zanim poczuję niemożliwą do zwalczenia pokusę przywalenia mu w twarz. Bo przecież on musiał o tym wiedzieć! Jeżeli nie wiedziałby, to skąd by się tam wziął?
   Weszłam do domu. W środku panowało straszne zamieszanie. Alex z Olee wrzeszczeli na siebie, a Kate próbowała ich rozdzielić, za to Simon rozmawiał z kimś przez telefon i chyba nie dogadywał się dobrze z rozmówcą, bo gestykulował i krzyczał.
   Kiedy Kate zobaczyła, ż przyszłam podeszła do mnie.
-Gdzie ty byłaś? Wszyscy się o ciebie martwiliśmy! Powinnaś być jakieś pięć godzin temu! - Gdy to powiedziała, wtedy zauważyłam co się dzieje w mieszkaniu. Wszędzie porozwalane były ubrania, kosmetyki, poduszki i potłuczone lampy. Zasłony i firany wisiały w nieładzie, w kuchni wszystkie szafki były pootwierane, podobnie jak w reszcie pokoi.
-Ja... Yyym... Spacerowałam. Długo. No, ale co się tutaj do cholery stało?! - zapytałam usiłując jednocześnie zmienić temat dowiedzieć się, o co chodzi.
-No właśnie nie wiemy! Simon wydzwania na każdy komisariat policji w tym głupim mieście, ale tutaj chyba włamania to normalka, bo wszędzie mówią coś w stylu "No tak, tak... Niestety nie możemy ustalić kto to był, jeżeli kamery niczego podejrzanego nie zarejestrowały" - powiedziała Katie zmieniając głos na wyjątkowo nieznośny. - "Proponujemy, aby państwo wymienili zamki i sprawdzili system ochrony".
-A nawet nie sprawdzali kamer. W sumie są w tym bloku tylko cztery, ale chyba żadna nie obejmuje wejścia do waszego mieszkania - dodał Alex.
-Chyba więc nie mamy więcej opcji. Bo, jak widać, jedyne co nam zostaje to faktycznie wymienić te pieprzone zamki i posprzątać ten burdel - stwierdziła z westchnieniem Ol.
-Aleksandro hamuj się, proszę - powiedziała Kate, która bez względu na sytuację zawsze poprawiała Olee jeżeli chodziło o dobór słownictwa.
-Oh, I'm sorry, it won't happen again I promise! - powiedziała sarkastycznie moja przyjaciółka wywracając przy tym teatralnie oczami.
-No dobra, im szybciej się uwiniemy, tym dłużej będziemy tej nocy spać. O ile w ogóle będziemy - powiedziałam z westchnieniem i zabraliśmy się do pracy.
   Kiedy posprzątałam już mój pokój wyglądało na to, że nic nie zabrano. Pomimo tego, przez cały czas miałam dziwne uczucie, że jednak czegoś brakuje. Czegoś małego, choć istotnego.
   Po skończonej robocie Alex i Simon pojechali jednym samochodem do ich mieszkań. Byłam cała roztrzęsiona po całym dzisiejszym dniu. Jednak emanowało we mnie ogromne zmęczenie. Z moimi chorymi myślami o wszystkim, co się dzisiaj wydarzyło wyszłam na balkon. Stałam tam kilka minut i przypomniało mi się to, czego nie znalazłam. Od razu wystrzeliłam jak z procy i przeszukałam cały dom. Dosłownie cały. I nic. Nie ma. Ale przecież... Po co ktoś miałby to kraść? Niemożliwe, a jednak... Tylko one zniknęły. Tylko one.

Kartki od Niego.

                                                                ~~~~~~~~~~~~
Mam nadzieję, że nie zawiodłam i rozdział jest w porządku ;> Proszę wszystkich o motywację w postaci komentarzy :D Ten rozdział jest dedykowany specjalnie dla wiernych czytelniczek Magdy Leszczyńskiej, Ani Szklani, Marty Przybylskiej i oczywiście Kasi Zielińskiej ;)))
Dziękuję wszystkim za wierne czytelnictwo (czy jak to tam XD) ❤

piątek, 13 marca 2015

Rozdział 6

  Kolejnego dnia w pracy cały czas o nim myślałam. O tym, że coś przede mną ukrywa (nie tylko swoje imię). Może tylko miałam jakieś dzikie urojenia. Od dzieciństwa uważałam, że mam coś w rodzaju nieodkrytego ADHD. Przy ludziach zazwyczaj zachowywałam się normalnie, ale kiedy byłam sama cały czas musiałam coś robić, bo wyobrażałam sobie niestworzone rzeczy, istoty. Po prostu miałam zepsutą wyobraźnię. Albo nadal mam.
   Pomimo tych rozmyślań udało mi się zbić tylko (!) jedną szklankę, więc po wyjściu z pracy byłam z siebie naprawdę zadowolona. Do domu wracałam taksówką. Wpatrywałam się w widoki zza okna. Pomiędzy dwoma wieżowcami stała wielka rudera. Dziwne -pomyślałam. -Nowy Jork, a jednak są nieliczne miejsca, gdzie jeszcze nie zbudowali jakiś mega nowoczesnych budynków. Akurat staliśmy na przejściu, więc miałam trochę czasu na przypatrzenie się budowli. Nagle zamiast domku do rozbiórki zobaczyłam nowy budynek z szyldem "Oko Wilkołaka". Przetarłam oczy. Nadal tam był.
-Niech pan mnie tu wysadzi- poprosiłam.
-Przy tym śmietnisku? Co tam ciekawego?- zapytał.
   Nie odpowiadając, wcisnęłam mu zwitek banknotów i wysiadłam z taksówki. Nie wiem po co tam szłam. Coś mnie tam ciągnęło. Może miałam zwidy. A może to w jakiś magiczny sposób przemieniało się w inny budynek. Stanęłam przed wejściem "Oka Wilkołaka". Dziwna nazwa - pomyślałam. Tak jakby ze znikających budynków najdziwniejsze były ich nazwy.
   Wyciągnęłam telefon. Napisałam, a po chwili otrzymałam odpowiedź:
"Yolo, baby!"
To był mój i Olee sposób na ryzyko. Dwa sms-y. Jeżeli nie możemy się zdecydować (obojętnie czy chodziło o coś ważnego, czy o głupotę) ta, która potrzebuje rady pisze: "Do or not to do?", a druga nie znając sytuacji pisze odpowiedź na chybił trafił. Zaczęło się w dzieciństwie, ale jak widać czasami nie mogłam się bez tego obejść, mimo że jest to najlepszy sposób na tarapaty, co potwierdziła ta sytuacja.
   Dzięki odpowiedzi Ol weszłam do środka. W środku panowała gorąca temperatura. Zorientowałam się, że była to restauracja. Siedziało tam około trzydziestka ludzi, od szczupłych dziewczyn z kolorowymi włosami i szpiczastymi uszami do barczystych mężczyzn w średnim wieku. Usiadłam przy wolnym stoliku. Chwilę potem podeszła do mnie kelnerka w dziesięciocentymetrowych obcasach i tęczowych włosach. Obrzuciła mnie zaciekawionym wzrokiem i podała menu, po czym odeszła.
   Otworzyłam kartę. Na pierwszej stronie były same dania mięsne. Na następnej same wegetariańskie, a na jeszcze kolejnej posiłki z nazwami typu "krew z budyniem", "niedźwiedzia krew", "krwiste fondue". Myślałam, że to kucharz miał po prostu wyjątkowo bujną wyobraźnię, lub chorą psychikę, żeby do ponad 15 nazw dań w karcie dodawać "krew", "krwisty" i takie tam.
  Zamówiłam deser czekoladowy. Kelnerka spojrzała na mnie jeszcze raz, zachichotała i odeszła chybocząc się na swoich szpilkach. Kiedy się odwróciłam zobaczyłam coś na jej plecach. Skrzydła? Wyglądały bardzo realistycznie. Były przeźroczyste. Jednak stwierdziłam, że ktoś, kto ma tęczowe włosy w sumie mógłby doczepić sobie skrzydełka wróżki do bluzki.
   Miałam być w lesie o siódmej. Tak się umówiłam z niebieskookim. Na razie była piąta. Miałam czas. Tęczowa Barbie podała mi moją gorącą czekoladę. Po chwili odwróciłam się i zobaczyłam, że kelnerka latała na tych skrzydełkach! Jej obcasy nie stukały. Leciała.
   Przetarłam oczy i spojrzałam w inną stronę. Musiało mi się przewidzieć. Tak. Nagle ktoś krzyknął. To był jeden z siedzących czterdziestolatków. Drugi też zaczął się wydzierać na tamtego. Rzucili się na siebie. Przeturlali się po podłodze i wskoczyli na stół. Większy walnął w nos pięścią tamtego. Drugiemu zaczęło się coś dziać z twarzą, zniekształcała się. Wyrosły z niej uszy. Zwierzęce. Tym razem mniejszy zaatakował, a ja rzuciłam się do wyjścia. Już miałam otworzyć drzwi, kiedy ktoś z drugiej strony je otworzył. Stanęłam jak wryta dysząc.
To był On.

                                                                          ~~~~~~~~~~
To tyle na dziś, komentujcie, oceniajcie, czytajcie i mnie motywujcie! ❤

niedziela, 8 marca 2015

Rozdział 5

  Z początku list napełniał mnie nadzieją. Ale szybko potem postanowiłam, że po prostu o wszystkim zapomnę. Musiałam skupić się na pracy, bo "hajs sam się nie zarobi" jak to mówiła moja starsza siostra Mary. Poszłam do Starbucksa, gdzie znalazłam posadę dla siebie, wyjaśniłam, że nie mogłam przyjść wcześniej, bo miałam wypadek. Okazało się, że mam złotą szefową i mogłam zacząć pracę już od następnego tygodnia. Po rozmowie wróciłam do domu. Olee nie było, a Kate sprzątała właśnie łazienkę. Podzieliłyśmy się obowiązkami; ja zajmowałam się kuchnią, Katie łazienką, a Ol salonem i ogólnie odkurzaniem. Gdy przyjaciółka mnie zobaczyła, krzyknęła:
-Caroline! Dobrze, że jesteś. Miałaś wyłączony telefon, więc Alex zostawił dla ciebie liścik w kuchni. Cośtam mi mówił, ale go nie słuchałam, bo byłam zajęta, więc w sumie nie wiem, czego chciał.
-Ach, dzięki, sprawdzę. Zrobiłaś zakupy?
-Simon zrobił.
-Co?! Ten leń ruszył się z kanapy?- zapytałam zdziwiona.
-Wiesz, że też się dziwiłam? Ale podobno Ol zrobiła mu awanturę i nawet potem pranie rozwiesił.
   Gadałam tak jeszcze chwilę z Kate, a potem poszłam do kuchni otworzyć list od Alexa. Prosił, żebyśmy się spotkali wszyscy w piątkę, bo ma nam coś ważnego do powiedzenia. Z tyłu był napisany adres i godzina. Powiedziałam to dziewczynom i razem z Simonem pojechaliśmy na miejsce jego fiatem.
   Kiedy weszliśmy Alex siedział już przy stoliku czekając na nas. Nie wiedziałam, co chce nam powiedzieć, ale widząc jego minę, było to raczej coś miłego.
-Okay... Zebraliśmy się tu dzisiaj, abym obwieścił wam wspaniałą wiadomość- zaczął.
-Bierzesz ślub?!- krzyknął Simon.
-Nie! Czemu miałbym? Nawet nie mam dziewczyny, pacanie!
-Sorry no... Tak zacząłeś, to pomyślałem od razu o ślubie.
-Nieważne. Chciałem powiedzieć, że przeprowadzam się na stałe do Nowego Jorku.
-COOO???!!! - krzyknęłam zaskoczona.
-Nie cieszycie się?- zapytał.
Rzuciłam się mu na szyję. -Jasne, że się cieszymy głupku! Tylko gdzie będziesz mieszkał?- zastanawiałam się.
-Wynająłem mieszkanie jakieś 20 minut drogi od waszego. Stwierdziłem, że nie mam zamiaru znowu was wszystkich zostawiać, bo mi się znowu przeprowadzicie na drugi koniec świata- powiedział.
-Cóż, trzeba to oblać!- stwierdziła z radością Olee.

                                                                       * * *
   Potem czas mijał mi szybko. Zaczęłam pracę od ósmej do szesnastej, dostawałam raczej duże wynagrodzenie jak na taką robotę. Cieszyłam się, że Alex zostaje, że mam takie szczęście mieszkając tutaj z takimi ludźmi. A mimo to, gdy tylko patrzyłam w stronę lasu zastanawiałam się kim jest nieznajomy. Po kilku tygodniach jednak nie wytrzymałam. Wyrwałam kartkę z zeszytu, nabazgrałam na niej kilka słów i położyłam na balkonie przykrytą kamyczkiem, aby nie zdmuchnął jej wiatr.
   Tej samej nocy nie mogłam spać. Czułam, że nie zasnę. Leżałam nieruchomo na łóżku i poczułam lekki powiew wiatru. Wiatru? Przecież Ol miała zamknąć okna na noc. Jednak w tych sprawach, gdzie trzeba o czymś pamiętać nie ufałam szalonej przyjaciółce, więc poszłam sprawdzić. Tak jak myślałam okno balkonowe było uchylone. Już chciałam je zamknąć, ale jakaś okropna część mojego umysłu pchała mnie do przodu. Weszłam na balkon i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to brak mojej karteczki i obecność innej. Podniosłam ją. Delikatnie rozwinęłam.

Dobranoc więc, księżniczko.

Pomimo woli zarumieniłam się, tylko częściowo z zimna.

                                                               ~~~~~~~~~~
Mam nadzieję, że się podoba, zachęcam do motywacji mnie poprzez napisania komentarza jak się podoba, gdzie znajdujecie błędy lub czy macie jakieś podejrzenia ;D Wszystkiego najlepszego dla wszystkich dziewczyn w naszym dniu! <3

niedziela, 1 marca 2015

Rozdział 4

   Obudziłam się w szpitalu. Byłam kompletnie zdezorientowana. Nie pamiętałam niczego z wczorajszego dnia. Leżałam tak na łóżku przez kilka minut zanim cała prawda o mojej nodze, niebieskookim chłopaku i moim wykrwawianiu się zalała mnie jak fala. Nie pamiętałam jednak jak tu się dostałam. Przecież na pewno nie doszłam tu o własnych siłach. Straciłam bardzo dużo krwi, nie dałabym rady bez wykrwawienia się na śmierć. Spróbowałam podnieść się z łóżka. Poczułam rozchodzący się po całym ciele ból.
-Nie ruszaj się -głos był znajomy, kojący. Nikogo głos, nawet najpiękniejszy nie działał na mnie tak jak ten.
-Alex!- wrzasnęłam i rzuciłam się przyjacielowi na szyję.
   Znałam Aleksa od podstawówki. Kiedy kłóciłam się z Ol i Kate, on zawsze mi pomagał. Zawsze wysłuchał, dawał mi bezcenne rady, a kiedy nauczycielka przyłapała mnie na przykład na pisaniu liścików, gadaniu z kimś, a nawet na nieudolnych próbach podpalenia szkoły w drugiej klasie podstawówki z Olee, zawsze , bez względu na konsekwencje brał na siebie winę.
-Tak, tak... Czekaj Carol - zawsze tak do mnie mówił, najczęściej, żeby mnie zdenerwować- zabronią mi tu przychodzić, jak zobaczą, że przeze mnie popękają ci szwy.
-Alex co ty tutaj robisz? Skąd wiedziałeś, że tutaj jestem?- po tym, jak powiedziałam te słowa zrobiło mi się strasznie głupio. Bo w sumie nie odzywałam się do Aleksa od półtora roku odkąd się wyprowadził i zmienił liceum.
- Więc ogólnie pojechałem do twojego (już byłego) domu, gdzie twoja mama mi powiedziała, że wyjechałaś  z tymi wariatkami do Nowego Jorku. Byłem niesamowicie wkurzony, że mi o tym nie powiedziałaś. Poprosiłem o twój dokładny adres, wsiadłem w pierwszy samolot i przyleciałem tylko po to, żeby zrobić ci kazanie, jaka to okropna, bezduszna i chamska jesteś, ale jak tylko ta szurnięta Olee mi powiedziała, że miałaś wypadek i masz rozszarpaną całą nogę, popędziłem do szpitala. I masz szczęście, że nie byłaś przytomna jak wpadłem tutaj, jak jakiś byk za czerwoną flagą. Potem ćwiczyłem co do słowa moją karcącą wypowiedź. Aż się obudziłaś i wszystko popsułaś. Bo miałem być protekcjonalny i oziębły, a ty się na mnie rzuciłaś i się rozkleiłem.
-Wow. - wydukałam.
-To serio jedyne co chcesz mi powiedzieć?
Spojrzałam na niego. Tak bardzo się zmienił. Dopiero teraz to zauważyłam. Kiedyś był pryszczaty, niski z wiecznie rozczochranymi włosami. Teraz był wysoki, nadal chudy, miał proste i ciemniejsze włosy i zero wytrysków na twarzy.
-Nie masz już pryszczy!- wrzasnęłam nie mogąc się powstrzymać.
-Tak faktycznie, dzięki, bardzo miło jest to usłyszeć od przyjaciółki, której nie widziałem kupę czasu. Dokładnie na taką reakcję liczyłem- powiedział kpiąco.
-Sorki. Powiesz mi jak się tu znalazłam?
-Jakiś gościu cię tu przyniósł, zadzwonił do Ol z twojego telefonu i z Kate przyjechały do ciebie i przesiedziały tutaj dwa dni, aż w końcu ja przyjechałem i teraz się wymieniamy.
-Dziękuję. A ile spałam?
-Tak coś około 5 dni.
-Wooow. Nieźle. Nowy rekord. Chyba cię pobiłam, co looserze?
   Przez cały dzień wspominałam dawne czasy z Aleksem. Wieczorem zdjęli mi szwy i wypuścili do domu. Ale ja byłam niespokojna. Kim był chłopak, który mi uratował życie? Byłam mu wdzięczna, ale jednocześnie zła. Co on wtedy tam robił? Jak to możliwe, że tak szybko biegał? I do tego otaczał się taką dziwną aurą. Za jego rozbawionymi oczami zawsze chował się nieprzenikniony smutek i żal. Moje rozmyślania przerwał mi Alex.
-O czym myślisz?- zapytał.
-O niczym- głupio było mi okłamywać przyjaciela, ale nie chciałam, aby ktokolwiek o czymkolwiek wiedział. -Czy ten ktoś, kto mnie przyniósł do szpitala, był tam, czekał?
-Hmmm... Jeżeli chodzi ci o to, czy cię odwiedzał, to nie. Tylko cię przywiózł, zadzwonił i poszedł.
-Aaahh... Wiesz, chciałam mu podziękować. Nie zostawił może numeru?
-Nie, nie absolutnie.
-Szkoda -stwierdziłam. Naprawdę, po mimo wszystko chciałam coś o nim wiedzieć.
   Kiedy wszyscy gadali, Simon pił piwo, Olee śmiała się niemiłosiernie głośno, a Katie akurat wymiotowała chipsy (bardzo nie w jej stylu) ja wyszłam na balkon. Spojrzałam w las. Tam zobaczyłam go pierwszy raz. Myślałam, że to sen. I pewnie nim był. Czy on tam jest? Czy w jego pięknych niebieskich oczach nadal czai się smutek? Odpowiedziała mi cisza. Spojrzałam w dół. Na balustradzie zobaczyłam karteczkę. Pochyliłam się, aby ją podnieść. Na niej, odręcznym, delikatnym pismem było napisane:

Przyjdź znowu. Będę czekał.

Ostrożnie zgięłam kartkę na pół, włożyłam do spodni i weszłam do środka z sercem wypełnionym strachem i nadzieją.

wtorek, 24 lutego 2015

Rozdział 3

-No nieźle. Wiedziałem, że dziewczyny tak na mnie reagują. No może nie tak. Widziałem mdlejące, czerwieniące się i otwierające buzie, ale tak dobrze jeszcze nie było.
Stałam i gapiłam się na niego niezdolna do powiedzenia czegokolwiek. Jak? To tylko mi się śni, tylko śni...
-Chyba jednak nie - powiedział, a ja zdałam sobie sprawę, że ostatnie słowa powiedziałam na głos.
-Kim ty w ogóle jesteś?! Co tutaj robisz?!-zapytałam, a w zasadzie wydarłam się.
-Po prostu tędy szłem.
-Szedłem - przyzwyczaiłam się do poprawiania ludzi, taki nawyk.
-Nieważne.
-Jasne, że ważne! Nie mogłeś tu po prostu iść, nie mogłeś! Przecież...- w tej chwili uświadomiłam sobie, jak głupio zabrzmiałoby to, gdybym mu powiedziała coś w stylu "byłeś w moich snach" albo "słyszałam twój głos". Miałam szczęście, że w porę ugryzłam się w język, bo pewnie pomyślałby, że jestem wariatką, albo chcę go poderwać jakimś tanim sposobem.
-Eeee... tak, w sumie to nie-e-e-ważne- głos mi się trząsł.
-Właśnie to usiłowałem powiedzieć zanim zaczęłaś się na mnie wrzeszczeć. Chyba nie zrobiłem nic złego przychodząc tu?
-Tak... To znaczy nie... Wiesz, muszę już iść, pa!- krzyknęłam i pobiegłam wzdłuż ścieżki najszybciej jak mogłam. "Co on sobie o mnie pomyśli? Wariatka! Ale przecież nią jestem!". Te rozmyślania przerwała mi moja stłuczka z drzewem, która była tak potężna, że dosłownie zwaliła mnie z nóg. Upadłam na trawę. Gdy jednak podnosiłam się zauważyłam, że nie walnęłam głową w drzewo.
-Wiesz, w naszym kraju raczej nie przerywa się nagle rozmowy i nie ucieka w głąb lasu, tym bardziej, żeby uwolnić się od megasuperhiperprzystojniaka.
-Odjęłabym tą część "superhipermega" i dodała "przeciętnego"-powiedziałam zyskując czas podczas chwili nieuwagi chłopaka (chyba był bardzo zdezorientowany moją obrazą, ale nie przejęłam się tym zbytnio) i znów pobiegłam. Nie na długo, bo tym razem potknęłam się o korzeń, nie o superhipermegatwardy sześciopak bruneta.
-Chyba będziesz potrzebowała mojej pomocy -powiedział z udawanym żalem w głosie.
-Nie będę -odwarknęłam. Jak on znalazł się tam tak szybko, że w niego walnęłam? Przecież byłam jakieś 15 metrów przed nim! Tysiące pytań kłębiło się w mojej głowie.
-Na pewno? -zapytał wskazując moją nogę.
Teraz dopiero to zobaczyłam, wcześniej byłam zbyt pochłonięta przypatrywaniu się chłopakowi, żeby to dostrzec. Chociaż w normalnym stanie raczej nie mogłabym tego przegapić. A tym bardziej nie poczuć. Miałam rozszarpaną łydkę gałęzią. Wiem, to dziwnie brzmi. Ale po prostu moja noga krwawiła niemiłosiernie potęgując ogromny ból w cały moim ciele.
-Au -powiedziałam tylko.
-Au? Serio? Ok, chodź, podniosę Cię...
-Nie!!! Zostaw! Poradzę sobie! -darłam się.
-Poradziłabyś sobie z zakupami, ale nie z otwartą rozszarpaną raną na dwadzieścia centymetrów!
-Zostaw mnie, ja sobie dam radę!
-Jasne, wedle życzenia księżniczki.
   Gdy usiłowałam przypomnieć sobie zasady pierwszej pomocy, które raczej zawsze uwzględniały możliwość zadzwonienia na pogotowie, lub pomocy pierwszej lepszej osoby na ulicy, on teatralnie przyglądał się swoim paznokciom oparty o drzewo z irytującym uśmieszkiem na twarzy. Ale ja nie dałam za wygraną, mimo że byłam oddalona od domu o jakieś cztery, góra pięć kilometrów. Szybko zawiązałam z kawałka mojej koszuli prowizoryczną opaskę uciskową, do tego obwiązałam tę obrzydliwą, ohydną, ogromną ranę moim koszulowym bandażem i  nastepnie tak szybko jak umiałam wstałam i ruszylam przed siebie z prędkością pół kilometra na godzinę. Po trzystu metrach musiałam się zatrzymać, bo dopadł mnie kolejny, największy jak do tej pory, spazm bólu. Zatrzymałam się. On nadal podziwiał swoje paznokcie, tylko tym razem tutaj, nie tam.
   Przeszłam tak około dwóch i pół kilometra Już nie mogłam. To faktycznie było głupie. Właściwie czemu się go tak bałam? Nie wiem. Ale odmówiłam pomocy, i jeśli nadal miałabym tak iść pewnie wykrwawiłabym się na śmierć. Gdy już to sobie uświadomiłam, usiadłam na zwalonym pniu i wyszeptałam:
-Poddaję się.
-Nareszcie. Nawet nie miałem pojęcia, że da się przejść jakieś trzy kilometry w cztery i pół godziny. Gratulacje. To chyba nowy rekord Guinessa.
Po tych słowach poczułam tylko delikatne jak piórka muśnięcie jego rąk chwytających pod nogami oraz pod głową i zatopiłam się w ciemności.
                                                             ~~~~~~~~~~
Mam nadzieję, że się podoba ;) Sorki, że krótko, ale mam dużo nauki. Postaram się dodać jak najszybciej, ale w zamian proszę o wasze opinie na temat tekstu i błędów :3 

niedziela, 22 lutego 2015

Rozdział 2

   Minął tydzień od skończenia remontu i mojego dziwnego snu. Mimo wszystko nie mogłam pozbyć się wrażenia, że jestem obserwowana. Gdy jednak słyszałam jakieś kroki tuż za mną, odwracałam się, ale nie mogłam zobaczyć niczego podejrzanego. Jak na razie jedyną pewną rzeczą było to, że zaczynam wariować.
   Wracając: ponieważ minął tydzień, zaczęłam rozglądać się za jakąś pracą. Miałam już zarezerwowanych kilka lokali na wystawy moich zdjęć. Jednak wiadomo, nie mogłam zarabiać na samych wystawach, bo i zdjęć za mało, i za mało czasu, weny i chęci. Zgłosiłam więc moje CV o kilku miejsc, takich jak kwiaciarnia, hotel, bar, restauracja i kawiarnia. Po zaledwie kilku dniach dostałam propozycję pracy w Starbucksie. Byłam podekscytowana, bo praca lekka, a do tego przyjemna.
-Kate! Kate!-darłam się z mojego pokoju.-Kate!
-Nie drzyj się tak, bo mi uszy wybuchną- odezwał się męski głos.
Kto to był? Nikogo nie widziałam. Przeszukałam wzrokiem cały pokój.
-To teraz już mam niezbity dowód na to, że jestem poważnie chora- powiedziałam sama do siebie.
-Wołałaś mnie?- zapytała Kat wchodząc do pokoju.
-Emm... Tak- powiedziałam.-Dostałam pracę.
-Tak? Gdzie? To świetnie! Trzeba zaraz to uczcić! Zawołam tego leniwca Ol i zaraz biegniemy to uczcić!
   Tak udałyśmy się do centrum handlowego. Poszłyśmy na pizzę, a potem, tak jak zawsze, poszłam do księgarni. Zadzwoniłam do Ol i powiedziałam, żeby wracały beze mnie, bo chciałam się potem przejść. Musiałam sobie wszystko pokładać w głowie, bo nie chciałam znowu mieć halucynacji, czy jakiś dziwnych snów. Miałam dość.

                                                                          * * *
   Poszłam do lasu. Las, natura, zawsze tam lepiej się czułam. Mogłam normalnie myśleć z dala od krzyku, samochodów, hałasu, a nawet ludzi. W takich chwilach samotność nie była utrapieniem, ale odpoczynkiem. Czymś dobry, potrzebnym. Jednak nie mogłam się skupić. Myślałam o chłopaku, o jego jarzących się niebieskich oczach bez skazy. Pod ich pozorną radością skrywał się smutek. Teraz to sobie uświadomiłam. Wcześniej tego nie dostrzegałam.
   Usiadłam na zwalonym pniu nad strumykiem. To dziwne- pomyślałam. W Nowym Jorku takie miejsce, nienaruszone przez człowieka. Może nie mają czasu na odpoczynek, a tym bardziej w takim miejscu. Bo są zajęci sobą, pracą, dziećmi. Nigdy taka nie będę -obiecałam sobie. Nigdy.
   Wtedy usłyszałam trzask łamanej gałęzi. Ooo, nie. Ktoś tu przyszedł. Teraz już nie będę sama- myślałam. Stwierdziłam, że nie będę się tym kimś przejmować, odwracać się, ani przenosić w inne miejsce, tylko zwyczajnie zignoruję ją/go i powrócę do swoich rozmyślań.
   -Ładnie to tak ignorować ludzi?
Gwałtownie moje serce zabiło szybciej. Tym razem się nie przesłyszałam. Wiem to na pewno. Ale ja znałam ten głos. JEGO głos. Odwróciłam się i zobaczyłam bruneta o niebieskich oczach z szyderczym uśmieszkiem na ustach. To był On. Przeklęłam.

                                                                       ~~~~~~
Mam nadzieję, że się podoba :) Jeśli tak, proszę dajcie mi motywację i napiszcie (prosto z mostu) co myślicie, nie bójcie się wytykać mi błędów, bo ja też człowiek, mogę je popełniać ;) Jeśli będzie tu kilka komentarzy zabieram się za następny rozdział i obiecuję, że w nim będzie się coś działo i wszystko się wyjaśni ;D Zapraszam do czytania i komentowania 👌❤

sobota, 21 lutego 2015

Rozdział 1

   Podróż minęła mi szybko, o ile to możliwe przy kilkugodzinnym lataniu samolotem. W zasadzie przez większość czasu gadałam z Kate, bo Olee z Simonem byli zajęci jakimś programem, który razem projektują. Gdy dotarłyśmy na miejsce, w naszym wspólnym nowym mieszkaniu czekała na nas właścicielka, żeby dać nam klucze.
- Mam nadzieję, że będzie wam się miło tutaj mieszkało. Przystanek autobusowy jest tuż za rogiem, a dwa piętra pod wami jest sklep spożywczy, więc raczej nigdy nie będziecie głodni. A teraz już idę. Do widzenia!- powiedziała kobieta i wyszła.
- Przyjemnie tu - stwierdziłam.
- Tak. Mieszkanie jest genialne! Trzy pokoje, plus jeden wspólny i jeszcze kuchnia oraz łazienka.
- Wow. - wydusił Simon.
- Co ci?- zapytała Olee.
- Wiecie, byłem pewien, że to wasze mieszkanie to będzie jakaś klitka z niewiadomą ilością szczurów- przyznał. - Już nawet wymyśliłem scenariusz jak was pocieszyć. A teraz wyszło, że macie lepsze ode mnie.
   Po tych słowach Ol kopnęła Simona w kostkę i wybuchnęłyśmy śmiechem. Rzeczywiście, nie miałyśmy pojęcia, jakie będzie mieszkanie. Rodzice Katie znaleźli je dla nas. To miłe z ich strony, ale szczerze mówiąc nie wiedziałam, że mieszkanie będzie tak duże, nowoczesne i (jak na Nowy Jork) tanie.
   Wybierałam pokój pierwsza, bo pomysł z wyprowadzką, szkołą był mój. Więc wzięłam dosyć mały pokój, za to z ogromnym oknem wychodzącym na las. Tak, las. Śmieszne, prawda? W Nowym Jorku widok z okna na las, gęsty, piękny. Taki... niewiadomy.
   Urządziłyśmy sobie parapetówkę, jak to mówiła Olee, czyli pierwszy dzień w całkowicie pustym mieszkaniu. W sumie to raczej pierwsza noc. Bo do trzeciej nad ranem śmiałyśmy się, wpominałyśmy podstawówkę, gimnazjum, liceum... I oglądałyśmy filmy. No i oczywiście rzucałyśmy się chipsami, bo jak bez tego może się obejść ta pieprznięta Ol? Za to je pokochałam. Za to, że były tak pozytywne, szalone, a serca miały ogromne i bardzo delikatne, pomimo pozorów.

                                                                                * * *
   Ponieważ były wakacje, rano poszłyśmy do sklepu i za kasę od rodziców na wyposażenie mieszkania kupiłyśmy sobie meble. Zdziwiłam się, kiedy zobaczyłam ilość pieniędzy, które przelali na moje konto rodzice. Naprawdę dużo. Musieli raczej długo na to odkładać biorąc pod uwagę ich zatrudnienie.
   Kupiłam drewniane, jasne, delikatne rzeczy. Wszystkie z jednego zestawu: szafa, komoda, stoliczek i najlepsze wiszące półki. Do tego jeszcze wiele innych dodatków, ale moje zakupy mogłam uznać za bardzo udane.
   Po powrocie wzięłyśmy się za malowanie: każda swojego pokoju, a Simon malował salon. Kuchnia i łazienka były wykończone, więc o to nie musiałyśmy się martwić. Mój pokój pomalowałam na beżowy i biały. Kiedy skończyłam, byłam z siebie naprawdę zadowolona.

                                                                               * * *
   Stał tam. Ciemnobrązowe loki, błękitne oczy zmieniające swój odcień jak woda w oceanie. Przetarłam oczy. To musiało mi się tylko śnić...
Tylko śnić...


piątek, 20 lutego 2015

Prolog

   Chciałam się poddać. Tak - to byłoby proste. Ale nie mogłam. Nie chciałam. Życie jest ciężkie, nie tylko dla mnie, ale dla wielu osób. Dorastałam w mieście z moją rodziną. Mama, tata, dwie siostry - starsza i młodsza. Bycie średnią nie jest takie fajne, jakie wydaje się być. Rodzice zwracali uwagę na Paulę - bo mała, mogła sobie z czymś nie poradzić, nie zrozumieć, na Mary- bo już prawie dorosła, ma poważne sprawy, trzeba ją wprowadzić w dorosłe życie. A ja? Caroline, która jest... jaka? Sami się przekonacie, kiedy mnie poznacie.
   Moim marzeniem zawsze była wyprowadzka. Chciałam być niezależna. Dlatego już od szesnastki odkładałam sobie na coś własnego. Ale nie w kraju. Nowy Jork - mój cel. Moi rodzice z początku byli całkowicie przeciwni wyjazdowi. Ale ja nie dawałam za wygraną. Znalazłam uczelnię, w której miałabym studiować ja, Kate i Olee - trzy największe idiotki-przyjaciółki ❤❤❤ na  Columbia University! Z naszej "Świętej Trójcy", jak zawsze byłyśmy nazywane, Kate była tą najmądrzejszą kochaną kujonką, Olee była komputerowym nerdem wariatką, a ja artystką liderką. W najcięższych chwilach one zawsze były dla mnie wsparciem. Simon - chłopak Olee - od razu jak usłyszał o jej wyjeździe zaproponował, że pojedzie z nami. W sumie, nie przeszkadzało mi to. Miał mieć osobne mieszkanie niedaleko naszego, więc nie miałam nic przeciwko, tymbardziej, że uwielbiałam jego ciasta, których przepisów nie chciał zdradzać, bo "były i są bardzo tajne w całej ich rodzinie przekazywane z pokolenia na pokolenie". Co do mnie - nie miałam chłopaka. Tak samo Katie. Jednak raczej nie miałyśmy z tego powodu kompleksów, tak jak Olee.
   Zbliżał się ten dzień. Dzień wyjazdu. Miało się rozpocząć nowe życie. Ubrana, gotowa wpatrywałam się w lustro w moim pokoju. Niezbyt wysoka, niezbyt niska, ciemnobrązowe włosy do ramion i duże, prawie czarne oczy. Nie byłam podobna do nikogo z mojej rodziny. Inna, a może orginalna? Włożyłam kurtkę, zawiązałam trampki i powiedziałam:
-Dzisiaj zmieniam moje życie.
Nawet nie wiedziałam jak bardzo miałam rację. Nie tylko moje życie. Mój świat. Niegdyś nazwałabym go fikcyjnym, lub fantastycznym. Bo jak można inaczej określić wampiry, wilkołaki i anioły?